Polub bloga na facebooku

Polub bloga na facebooku:    

środa, 21 listopada 2012

Z każdej strony TV

Moja praca wygląda tak, że albo pracuję przez 4 miesiące 24 godziny na dobę, albo nie pracuję wcale. Można to zauważyć po notkach na blogu. Raz są niemal codziennie, a raz nie ma ich wcale. Niestety w tej chwili znajduję się w tym drugim stadium, więc nie mam za bardzo czasu na pisanie, czytanie i w ogóle jakąś pożywkę intelektualną. Stosik książek rośnie mi na półce, równie szybko co lista tematów na notki, które sobie czasem wynotowuje. Do pisania potrzeba skupienia, a z tym coraz trudniej kiedy wokół setki spraw do załatwienia. NA SZCZĘŚCIE MAMY TELEWIZJĘ! Do oglądania nie potrzeba skupienia, nie trzeba specjalnie myśleć, nie zajmuje tyle czasu co książka. No więc do dzieła! W prezencie ode mnie kilka linków z ciekawymi filmikami, które można obejrzeć w sieci:

Sam Harris o wolnej woli:

Ciekawe, prowokacyjne, dające do myślenia. Nie trzeba się z Harrisem zgadzać, ale warto obejrzeć. Do tego napisał na ten temat książkę (ale do diabła z czytaniem, przecież mamy youtube!).


Nowe programy Derrena Browna.
Moja ulubiona rozrywka, niestety Brown wypuszcza coś nowego średnio raz do roku, więc trzeba cierpliwie czekać. Teraz po zrobieniu show "Apokalipsa" , który jest niesamowicie widowiskowy, precyzyjnie zaplanowany i miły do oglądania, ale niestety nie niosący ze sobą jakiejś głębszej treści, ku mojej uciesze zrobił miniserię 2 programów o strachu i wierze. 

Odcinek 1 pokazuje klasyczny eksperyment z placebo i pokazuje na przykładzie uczestników jak mocno ten efekt działa i jakie okoliczności wzmagają jego działanie. Niby nic nowego, ale fajnie to po prostu zobaczyć na własne oczy, a nie czytać o tym (bo kto by miał czas, żeby czytać!)

Tutaj pozostałe części pierwszego odcinka: [cz 2] [cz 3] 

Drugi odcinek jest o wierzeniach religijnych, o tym, że są one nieodłącznym elementem człowieczeństwa, który wyewoluował w nas w pewnym celu. Troszkę temu odcinkowi brakuje, ale mimo wszystko ciekawie popatrzeć jak za pomocą zupełnie "niemetafizycznych" metod można w ateiście wywołać silne doznania religijne.

Tutaj pozostałe części drugiego odcinka: [cz2] [cz 3]

Skoro już jesteśmy przy Brownie to na koniec jeden z jego poprzednich programów. Z cyklu od zera do bohatera. Czyli jak ze zwykłego człowieka zrobić leczącego wiarą ewangelistę.


A na koniec w naszej małej telewizyjnej ramówce odgrzebany staroć o eksperymentach z ludźmi, którzy mają przecięte spoidło wielkie (łączące obie półkule). Eksperymenty o tyle interesujące, że właściwie obie półkule działają niezależnie a mimo to człowiek taki za wszelką cenę próbuję zachować jedność samoświadomości, nawet kosztem konfabulacji i zmyślania. 



Mam nadzieję, że dobrze się bawiliście. Jeżeli jednak zdecydujecie się np. poczytać, zamiast oglądać wszystkie te filmiki z uniwersytetu youtube, to GOOD FOR YOU!

wtorek, 9 października 2012

Ci agresywni ateiści cz.2

Poprzedni wpis miał być jednorazowy, jednak dialog na łamach prasy - tym razem w nowym "Wprost" a także w radiu tokfm w "kropce nad i" w TVN24, a także w niezawodnym Fronda.tv zmotywował mnie do rozwinięcia myśli. Bardzo się cieszę, że billboardy "Nie kradnę. Nie zabijam. Nie wierzę", których pojawi się raptem kilkadziesiąt w całej Polsce - wywołały taką dyskusję. Prowadzi ona jednak często do generalizowania i uogólniania poglądów zarówno ateistów jak i wierzących, a przecież ile ludzi tyle opinii.

Tym razem chciałem jednak (o dziwo!) w jednej kwestii zgodzić się z Tomaszem Terlikowskim i nie zgodzić się z prof. Janem Hartmanem. W końcu blog nazywa się "Z każdej strony" więc wypadałoby w końcu stanąć po tej drugiej - chociaż na chwilę i dla dobra dyskusji.

Chodzi mianowicie o relatywizm moralny - prof. Hartman obraża się kiedy katolicy oskarżają go o niego, a redaktor Terlikowski dziwi się temu i mówi, że przecież to stwierdzenie faktu. I właśnie tutaj o dziwo muszę się zgodzić. Tak - Ateista nie odwołujący się do żadnego absolutu - może być relatywistą moralnym - i chwała mu za to! Kościół Katolicki też BOGU DZIĘKI! czasami pozwala sobie na mały relatywizm, co zaraz udowodnię.

Zawsze powtarzam, że to co powoduje, u mnie niechęć do religii to leżący u jej podstaw dogmatyzm. Jeżeli miałbym powiedzieć, że źródłem wszelkiego zła jest jakakolwiek postawa - to bez zastanowienia powiedziałbym, że to postawa dogmatyczna. Dogmatyzm tyczy się oczywiście religii, ale też wszelkich groźnych systemów ideologicznych, które nawiedzały nasz gatunek. Ładnie opisał to Bertrand Russel w książce "Religia i Nauka".

Co jest więc postawą przeciwną do dogmatyzmu - w mojej opinii właśnie relatywizm, ale relatywizm racjonalny - otwarty na nowe dowody, zmiany społeczne i logikę. Jeżeli etyka nie byłaby relatywna to prawdopodobnie kodeks Hammurabiego byłby cały czas szalenie popularny.

Etyka jako dział filozofii jest więc relatywna i zmienia się z duchem czasów - czasami w dobrą stronę czasami w gorszą. Jednak postępuje. Kiedyś za dobrego człowieka uważano kogoś kto nie bije i dba o swoich niewolników, dzisiaj samo ich posiadanie uchodziłoby za postawę zdemoralizowaną.

Moralność katolicka jest dokładnie taka sama, ma jednak trudniej bo opiera się na dogmacie, ale znalazła też kilka wytrychów i udaje jej się czasami wysilić na odrobinę relatywizmu. Ile razy słyszy się od duchownych, że zezwolenie na niewolnictwo w Biblii wynikało z "ducha tamtych czasów" - czym jest przyznanie się do czegoś takiego jeśli nie właśnie relatywizmem? Z drugiej strony Święty Augustyn twierdził, że dusza wstępuje w płód dopiero koło 40 dnia, a teraz Katolicy oskarżają kobiety zażywające tabletki wczesnoporonne o morderstwo. Znowu ten wstrętny relatywizm! Jeżeli dogmat już nie wytrzymuje naporu społecznego, zawsze można powiedzieć, że pewnych fragmentów pisma nie można odczytywać literalnie - że to tylko metafora.


Dzięki właśnie kilku wytrychom Katolicyzm jest całkiem znośną religią, bo pozwolił sobie kilkakrotnie na relatywizm i odejście od dogmatu - gdyby cały czas zachęcał do niewolnictwa, myślę, że miałby się nieco gorzej przynajmniej w niektórych regionach naszej planety. Katolicy powinni więc dziękować Bogu za relatywizm, zamiast używać go jako epitetu w stosunku do ateistów.


Chciałem tylko zaznaczyć, że jako relatywizmu nie rozumiem postawy uznającej, że wszystkie systemy etyczne są wobec siebie równorzędne. Jako relatywista uważam, że nic w naszej wiedzy o świecie nie jest stałe i każda nowa informacja może i powinna weryfikować nasze poglądy etyczne. Tak samo "duch czasów".

A co wy o tym myślicie?

poniedziałek, 8 października 2012

Wahadełko powiedz przecie.

Wahadełko (pendulum) jest jednym z częściej spotykanych przyrządów we wszystkich gabinetach bioenergoterapeutycznych, używany przez radiestetów, a nawet często amatorsko przez fanatyków zdrowej żywności. Zasada jest prosta. Pytamy wahadełko czy ten sos sojowy jest dla mnie zdrowy, a wahadełko odpowiada TAK (kiwając się do przodu i do tyłu) NIE (kiwając się na boki) lub OBOJĘTNE (zatacza kręgi) - szkół prawdopodobnie jest więcej, ale ja akurat słyszałem o takiej. Wahadełka są popularne nie tylko w ruchach New Age, radiestetów pamiętam z dzieciństwa na wsi, przychodzili łazili i mówili gdzie kopać studnię. W gospodarstwie mojej babci taki radiesteta nawet trafił już ZA DRUGIM razem. Urodzony przed wojną starszy pan z którym rozmawiałem, głęboko wierzący katolik, opowiadał jak przestawiał sobie łóżko z dala od żył wodnych, które odnajdował za pomocą obrączki zawieszonej na sznurku.

Dzięki wahadełku możemy zrobić wiele rzeczy: (tu posłużyłem się wujkiem google, wszystkie przykłady znalezione w otchłani):

Określić płeć nienarodzonego dziecka, odnaleźć cieki wodne pod ziemią, sprawdzić czy produkty żywnościowe (także kremy i proszki) są dla nas zdrowe, doradzać w sprawie inwestycji, pomagać nam w wyborze odpowiedniej sukienki na wieczór, pomaga znajdować zgubione klucze, potrafi zlokalizować cele wojenne, a także miejsca zbrodni, wahadełko potrafi też diagnozować właściwie wszystkie choroby, ale co ważniejsze potrafi wszystkie je leczyć etc...

Jak widać nie ma sensu inwestować w ultrasonografy, doradztwo finansowe, radary, wywiad oraz służbę zdrowia. Wystarczy jedna rzecz, żeby wyjść z kryzysu i stać się światową potęgą militarną i gospodarczą:


Ale co tak na prawdę stoi za niesamowitymi ruchami wahadełka? Przecież wahadełko porusza się samo, bez naszej ingerencji, my tylko "wzmacniamy" sygnał. Stoi za nim dokładnie to samo zjawisko, które w wiktoriańskich stanach zjednoczonych i UK zadziwiało rzesze ludzi i przykuwało ich do tabliczek Ouia i latających stolików w czasie seansów spirytystycznych. Spowodowało nawet powstanie nowej religii: Spirytualizmu. Kiedy rzesze wyznawców nowej religii i coraz liczniejsze doniesienia o niesamowitych latających stolikach i komunikatach z zaświatów zaczęły obiegać opinię publiczną - znalazło się oczywiście kilku wstrętnych sceptyków, którzy chcieli sprawdzić, czy rzeczywiście stoliki potrafią same się ruszać i czy informacje z zaświatów potrafią szczegółowo opisywać rzeczy o których nikt z wywołujących duchy nie ma zielonego pojęcia.

Jednym z takich sceptyków był Michael Faraday wybitny fizyk i chemik tamtej epoki. W 1852r. przeprowadził on eksperyment, który w skrócie polegał na tym, że na blacie stołu leżały 2 warstwy tekturowych podkładek, do których uczestnicy przykładali ręce. Jeżeli stolik, jak się uważało, przesuwa się pod wpływem jakiejś niewidzialnej siły, to znaczy, że poruszy się zanim poruszą się ręce uczestników seansu. W takiej sytuacji dolna podkładka przesuwałaby się pierwsza, a za nią dopiero górna, w odwrotnym przypadku, kiedy to ręce wprawiałyby stolik w ruch, górne podkładki ruszyłyby się pierwsze. proste jak konstrukcja cepa. Jak się możemy domyśleć zaobserwowano drugą sytuację, czyli tak na prawdę uczestnicy seansu przesuwali stolik. Robili to jednak całkowicie nieświadomie. Kiedy stolik zaczynał kierować się w którąś stronę, wzmocnione oczekiwania i przeczucie, wzmacniały te nieświadome ruchy. Ruchy te nazwano później ruchami ideomotorycznymi. Co ciekawe takie ruchy są tym bardziej spektakularne im bardziej staramy się ich nie wykonywać. Spróbujcie nie myśleć o czarnym kocie - efekt jest identyczny. To wzmocnienie nieświadomych ruchów badał później psycholog Dan Wegner i co ciekawe badał je przy użyciu właśnie wahadełek. Oto co pisze na temat tego eksperymentu Richard Wiseman w swojej świetnej książce "Paranormalność":

Połowę badanych prosił o to, żeby starali się nie doprowadzić do ruchu wahadełka w określonym kierunku, pozostałych, aby starali się utrzymać wahadełko w bezruchu. Zapis z kamery pozwolił Wegnerowi dokładnie zmierzyć zakres ruchu wahadełka. Podobnie jak w eksperymencie z białymi niedźwiedziami [w naszym wypadku z czarnym kotem] - gdy prośba, żeby o nich nie myśleć, prowadziła do tego, że tym częściej pojawiały się w myślach badanych - i tym razem prośba o to, żeby nie poruszać wahadełkiem, sprawiała, że poruszało się jeszcze bardziej.

Wygląda na to, że to jednak człowiek porusza wahadełkiem, bądź różdżką, ale nawet fakt, że to tak na prawdę my sami nieświadomie machamy sznurkiem nie może przekonać wyznawców. Z jednej ślepej uliczki w drugą, oto co w dyskusji na jednym forum pisze użytkowniczka Chantelle:
to ze wahadelko jest narzedziem podswiadomosci powie Ci kazdy ezoteryk. Owszem sa oszolomy, ktore mysla ze to zywiolaki kreca wahadelkiem, albo duchy .
Aczkolwiek podswiadomosc ma w sobie informacje , np o stanie zdrowia Twojego , badz osoby , ktora 'badasz' wahadelkiem , po prostu jako ludzie jestesmy w stanie wiedziec duzo wiecej ale duzo informacji moze do swiadomosci nie docierac, badz sa one 'wyparte' , jak wspomnienia , jak twierdza niektorzy nawet z poprzednich zyc.
Isnieje prawdopodobienstwo ze podswiadmosc wyczuwa energie, dusze, jakis byt i dzieki wahadelku mozesz uzyskac na jej temat wiecej informacji, a nawet sprobowac się skomunikowac
Czyli zamieniamy duchy na mityczną freudowską podświadomość, w której jak się okazuje leżą złogiem nie tylko (co jest nie prawdą, ale to zupełnie osobny temat) wyparte wspomnienia z dzieciństwa, ale także są tam informacje na temat zdrowia innych ludzi. Nasza podświadomość także odbiera sygnały od duszy, innych bytów energii - czyli zwał jak zwał - wiktoriańskich duchów.
Skoro informacje pochodzą z zewnątrz - bardzo łatwo to sprawdzić i wielokrotnie sprawdzano np. test z 48 roku przeprowadzony na 58 różdżkarzach wykazał, że znajdują oni wodę za pomocą różdżki z równym prawdopodobieństwem co rzucanie monetą. Takich testów przeprowadzono oczywiście dużo więcej, ale żeby nie zanudzać przypisami, których nikt nie sprawdza eksperyment w wersji pop na uniwersytecie youtube:


Ja oczywiście też nie mogłem się obejść bez małej zabawy i zgodnie z opisem z forum paranormalium, próbowałem dotrzeć do swojej podświadomości za pomocą na prędce skonstruowanego wahadełka:

Polecam 'zabawe ' wahadelkiem , niesamowite rzeczy sa przechowywane w podswiadomosci . Warto sprobowac najpierw np z prostymi rzeczami,ktorych nie mozemy wiedziec , ale mozemy sprawdzic . Np spytac wahadelko w jaki dzien tygodnia byly nasze np 10 urodziny . Oczywiscie nie mozna zapominac , ze wahadelko odpowiada tylko: tak , nie , nie wiem i nie moge odpowiedziec . Sami ustalamy jaki ruch co oznacza, a wahadelko mozna zrobic np z obraczki na lancuszku.

10 urodziny. Poniedziałek TAK, Wtorek NIE, Środa NIE, Czwartek NIE, Piątek NIE, Sobota NIE. Niedziela NIE. - Sprawdzam w kalendarzu: Moje 10 urodziny wypadły w Sobotę.
12 urodziny ta sama rutyna, tylko tym razem wahadełko wskazuje na środę. Zerknijmy w kalendarz Wtorek - już bliżej. 
14 urodziny wahadełko wskazuje piątek  - w kalendarzu czwartek.
Lipa!
No ale wiadomo zły sznurek, obrączka nie taka i zła sceptyczna energia jak wiemy nigdy nie pozwalają przeprowadzić, ŻADNEGO naukowego eksperymentu we właściwy sposób. Udało mi się kogoś przekonać, czy ktoś z państwa dalej się waha?

sobota, 6 października 2012

Publication Bias

Tym razem nieco krócej. Ben Goldacre autor znakomitej książki "Bad Science" (wydanej po polsku - opis tutaj) wydał właśnie kolejną książkę "Bad Pharma"  Już na nią czekam, więc recenzja pewnie wkrótce. W międzyczasie, prawdopodobnie z okazji jej publikacji, był ponownie gościem TED Talks, gdzie mówił o efekcie Publication Bias. Zachęcam do obejrzenia:



Dodatkowo założyłem stronę bloga na facebooku. Nie będzie to rozbudowana strona z fajerwerkami graficznymi, ale parę osób o to prosiło, żeby być na bieżąco z nowymi notkami.
http://www.facebook.com/pages/Z-ka%C5%BCdej-strony/469065156449392

piątek, 5 października 2012

Ci agresywni ateiści!

Ostatnio gdy rozmawiałem z pewnym księdzem i powiedziałem mu że jestem niewierzący, ze strachem w oczach spojrzał na mnie i zapytał "Ale niewierzący czy ateista?" Po prawej stronie naszego kraju słowo "ateista" albo jeszcze gorzej "nowy ateista", albo jeszcze gorzej "wojujący ateista" to pejoratywne określenia ludzi, którzy nienawidzą Boga.
Między innymi dlatego kampania billboardowa Fundacji Wolność Od Religii przypadła mi do gustu. Oszczędna, prosta, nie epatująca tanim antyklerykalizmem. Poruszająca w prosty sposób ważny temat jakim jest związek moralności i religii. Zwracająca uwagę na problem, ale nie atakująca w żaden sposób ani kościoła, ani ludzi religijnych. Lubię to.

Ku mojemu zdziwieniu, wywołała bardzo skrajne reakcje. Redaktor Semka w nowym numerze "Uważam Rze" mając głęboko w pogardzie Prawo Godwina porównuję tę kampanię do nazistowskiej propagandy antysemickiej. Pisze:

Oto jedna z polskich organizacji ateistycznych szykuje kampanię billboardów  w której na plakatach zamieszczone będą trzy deklaracje: nie zabijam, nie kradnę, nie wierzę. Oto autorzy tego projektu zestawiają ze sobą dwie czynności powszechnie uważane za złe z jedną, która występuje we wszystkich kulturach od samego początku świata. Ciekawe czy ten plakat wywoła sprzeciw osób obozu liberalnego? Ciekawe, czy znajdą się intelektualiści, którzy głoszą, że choć sami są dalecy od religii, protestują przeciwko takiemu upokarzaniu osób wierzących?

 I porównuję kampanię do nazistowskiej kampanii w Austrii w 38 roku z hasłami:

Nie jestem degeneratem, nie jestem zwyrodnialcem, nie jestem Żydem

Albo czegoś nie rozumiem, albo pan Piotr Semka ma problemy z logicznym rozbiorem zdania. Na wszelki wypadek sprawdzę jeszcze czy w statucie stowarzyszenia jest obraza uczuć religijnych katolików:
Celem kampanii jest wywołanie ogólnopolskiej dyskusji na temat obiegowego postrzegania wartości uniwersalnych jako zasad przynależnych religii, a w szczególności religii katolickiej. Uważamy, że polityka państwa, prowadzi do utrwalania stereotypów, łącząc moralność człowieka z jego religijnością, pogłębiając wykluczenia osób, które nie identyfikują się z kościołem katolickim czy żadną inną instytucją religijną.
Jednak nie ma. Panie Piotrze krótka lekcja logiki za darmo, w prezencie. Nie Kradnę. Nie Zabijam. Nie wierzę. Trzy zdania równorzędne do siebie. Występują razem ale nie oznaczają że zdanie przeciwne Kradnę, Zabijam, Wierzę - jest prawdziwe. Taka konstrukcja dopuszcza też inne zbiory. "Kradnę. Zabijam. Nie Wierzę.", "Nie Kradnę. Zabijam. Wierzę.", "Nie Kradnę. Nie Zabijam. Wierzę." etc.  Po prostu przedstawia możliwą kombinację niewiary z zachowaniami powszechnie uważanymi za moralne, nie negując, ani nie sugerując że łączą się one z wiarą. W jaki sposób zatem autorytety i intelektualiści obozu liberalnego mają przepraszać za tę kampanię. Przepraszać powinien raczej Pana nauczyciel logiki.

Zakładając że zdanie "Nie wierzę" mówi o naszej przynależności do grupy ateistów, a tak to rozumiem, zwłaszcza po zapoznaniu się ze statutem stowarzyszenia, to odnośnie porównania z nazistowskim hasłem, jeżeli chcielibyśmy takie porównanie prawidłowo wykonać powinniśmy znaleźć raczej hasło propagandy semickiej brzmiące np. "Nie jestem degeneratem, nie jestem zwyrodnialcem, jestem Żydem" wtedy logiczna konstrukcja obu zdań pozwalałaby na podobną analogię.

W ogóle z tym "Nie wierzę" jest dużo zamieszania. Trudno zrozumieć, że ktoś po prostu nie wierzy, łatwiej zrozumieć, że odrzuca Boga, że go nienawidzi (czyli ciche założenie, że jednak w niego wierzy, tylko go po prostu nie lubi), stwierdzenia typu "nie zaznał łaski wiary", lub "ateiści nie są niewierzący, bo wierzą, że Boga nie ma a co z tym idzie ich światopogląd opiera się na wierze w takim samym stopniu co światopogląd religijny" - są wynikiem tego nieszczęsnego "nie". Bo tak na prawdę wierzący wierzy, a nie wierzący nie powinien nic mówić bo jest w stanie zerowym. Tyle że billboardy "Nie kradnę. Nie zabijam. ..." nie są już tak nośne i nie do końca chyba jednak zrozumiałe.
Stanisław Michalkiewicz w swoim felietonie "Od ateistów - lepiej z daleka" pisze:

Tymczasem ateista, twierdząc, że „nie wierzy”, sugeruje posiadanie jakiejś wiedzy o tym, iż Boga nie ma. Tymczasem żaden z ateistów taką wiedzą nie dysponuje, ponieważ taka wiedza nie istnieje. Oni zatem też wierzą - tyle, że w to, iż Boga nie ma. Jednakże deklarując, jakoby „nie wierzyli”, sugerują, że posiadają jakąś wiedzę pewną, czyli kłamią w żywe oczy. Od takich łgarzy lepiej trzymać się z daleka, bo skoro tak ostentacyjnie kłamią w jednej sprawie, to cóż może powstrzymać ich od łgarstw we wszystkich innych sprawach?


No ale zamęt, czyli mówiąc że "Nie wierzą" wierzą i w związku z tym kłamią. Posłużmy się starą metodą Reductio ad absurdum i zerknijmy na  tekst z zaprzyjaźnionego bloga żeby zrozumieć racjonalne podejście do jakże trudnego tematu nieistnienia. Co ciekawe prawicowi publicyści zdają się rozumieć ten problem w niektórych tylko sytuacjach. Na przykład w przypadku symboli religijnych w miejscach publicznych, od razu jasne jest, że symbolem ateistów jest kawałek pustej ściany. Czyli pusta ściana symbolizuje niewiarę, a dopiero powieszenie na niej krzyża wiarę. Nikt nie sugeruje, żeby burzyć ścianę, bo to obraza dla wierzących - dlaczego więc Piotr Semka i Stanisław Michalkiewicz próbują rozbijać ścianę logiki swoimi pustymi głowami?

niedziela, 16 września 2012

Islam, Islam pokaż rogi...

Reakcja islamistow na opublikowany w internecie fragment filmu obrażającego proroka Mahometa jakos specjalnie mnie nie zdziwila, ot powtorka z rozrywki. Ile razy juz mialo miejsce podobne zdarzenie. Fatfa na Salmana Rushdiego, reakcja na dunskie karykatury, awantury podczas projekcji filmu Larsa Vilksa czy zabójstwo reżysera Theo Van Gogha za nakręcenie filmu o islamie . Nie dziwi mnie to, bo dodanie emocji, dogmatyzmu i religii przynosi wynik o tak wysokim prawdopodobienstwie, ze fizycy kwantowi mogliby tylko modlic sie o podobny. 

Wielokrotnie zarzuca się krytykom religii, że w sposób nieuczciwy zrównują religie takie jak islam i chrześcijaństwo, że zagrożenia płynące z jednego i z drugiego nie są porównywalne. Że incydent z klinikami aborcyjnymi jest niemożliwy do zrównania z tym co dzieje się obecnie. Itd. Niewątpliwie jest to prawda i kiedy zaczniemy podliczać trupy jakie padły ostatnimi laty z rąk chrześcijan i muzułmanów ta druga grupa zdecydowanie wysuwa się na prowadzenie. Jako ateista dziękuję chrześcijańskiemu Bogu za to, że pozwolił mi urodzić się w kraju katolickim a nie w Egipcie, Syrii, czy Pakistanie. Czym jest klauzula sumienia dla aptekarzy, awantura o invitro i krzyże w klasach przy honorowych zabójstwach, atakach na ambasady, bazy wojskowe i wlatywanie samolotami w budynki? Z takiej perspektywy nasze problemiki wydają się zupełnie nie istotne.
Czemu się w takim razie czepiam naszych grzecznych Michalików, Rydzyków, Terlikowskich, Jurków,  Kaczyńskich i Gowinow? A to dlatego, że dzień za dniem wbijają ludziom do głów, że dogmatyzm to coś dobrego. Że uczucia religijne to coś więcej niż uczucia związane z tym czy masz Iphone czy telefon z androidem. Film który wywołał taką burzę, jest bardzo słaby i nie śmieszny, ale gdybyśmy za słabe i nieśmieszne filmy zabijali ludzi, to polska kinematografia miałaby więcej ofiar niż holocaust. Nie słucham też muzyki Dody i jej wypowiedzi uważam za prostackie, ale czy wyrok dla niej za obrazę uczuć religijnych nie jest DOKŁADNIE usprawiedliwieniem czynów naszych muzułmańskich przyjaciół? Wszak ich uczucia religijne zostały urażone, stąd reakcja jest uzasadniona. Papież Benedykt XVI też wyraża ubolewanie - że taki film powstał. Oj biedni ci muzułmanie, że zostali tak urażeni. 

piątek, 31 sierpnia 2012

Zaszczepić przed myśleniem

Dzisiaj krótko. Na blogach, które znajdują się po prawej stronie w blogrolce, od dawna trwa dyskusja na temat idiotycznych teorii głoszonych przez ruchy antyszczepionkowe, których guru jest prof. Majewska.

Prym wiodą tu zdecydowanie blogi http://sporothrix.wordpress.com/ i http://blogdebart.pl/, których lekturę szczerze polecam (choć pewnie nie ma takiej potrzeby). Po ostatniej publikacji w Polityce (nr 31/2869) artykułu Marcina Rotkiewicza pt. "Zastrzyki Strachu", w którym autor opisuje większość absurdów ruchów antyszczepionkowych, rozgorzała polemika na temat szczepień. Prof. Majewska odpowiedziała na zarzuty, a do jej odpowiedzi odniósł się bardzo zręcznie autor artykułu. Wszystko do przeczytania tutaj. 
Cieszy fakt, że dyskusja przeniosła się z wąskiego grona blogerów na łamy ogólnopolskiego tygodnika  (nawet jeżeli polemika nie ujrzy światła dziennego w druku).

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Efekt Barnuma


Jakiś czas temu odwiedziłem znajomych u których w domu musiałem przeczekać kilka godzin zanim wrócą z pracy. Ponieważ dysponowali artykułem u mnie deficytowym jakim jest telewizja kablowa - zacząłem uprawiać zapping w czystej postaci. W pewnym momencie trafiłem na kanał ezoterica.tv, ezo.tv, czy coś w ten deseń, gdzie różnej maści wróżki, chiromanci, tarociści i psychotronicy, odbierają telefony od widzów i dają im porady życiowe, oraz opisują ich osobowość. W ten sposób kilka godzin oczekiwania upłynęło mi błyskawicznie.
Ludzie, którzy telefonują podczas takich audycji są to najczęściej starsze osoby, które zdesperowane, brakiem pracy, śmiercią kogoś bliskiego, stratą dziecka, kryzysem małżeńskim chwytają się ostatniej deski ratunku. Spektakl bardzo przykry, do tego stopnia niemoralny, że postanowiłem napisać krótką notkę o mechanizmach jakie wykorzystują  spirytyści, media i wróżbici. Dodam tylko, że po rozmowie z jedną kobietą, która dzwoniła ponieważ miała ogromne długi, straciła pracę i chciała zapytać czy coś się w tej kwestii poprawi, wróżka po lakonicznym "za parę miesięcy wszystko zmieni się na lepsze" dodała, tuż przed rozłączeniem: "aaa i jeszcze jedno, karty mówią wyraźnie, że pani mąż panią zdradza. Do widzenia!"

Metodą, którą używają wszelkiej maści wróżki i spirytyści jest Zimny Odczyt, nie będę się tutaj rozpisywał na temat wszystkich technik, które się na niego składają, skupię się na jednej, tak na prawdę najistotniejszej jaką jest Efekt Barnuma (znanym również jako Efekt Forera, albo Efekt Horoskopowy). Termin ten wymyślił Paul Meehl (1956) i odnosi się do postaci P.T. Barnuma amerykańskiego impresaria cyrkowego, który ponoć mawiał, "Frajer rodzi się co godzinę, a w cyrku musi być coś dla każdego z nich". Efekt ten opisuje ludzką skłonność do uznawania bardzo ogólnikowych stwierdzeń, odnoszących się do dużej grupy, jako bardzo trafne opisy ich własnej osobowości.

Psycholog Bertram R. Forer w 48 roku przeprowadził eksperyment, w którym studentom dał jednakowy opis ich osobowości, złożony z ogólników dostępnych w większości horoskopów. Studenci mieli ocenić w skali od 1 do 5 trafność tego opisu.
Masz potrzebę by ludzie cię lubili i podziwiali, jednak jesteś osobą krytyczną wobec siebie. Masz pewne wady osobowości, ale potrafisz je kompensować tym, co jest w tobie dobre. Masz duże możliwości, które wciąż pozostają niewykorzystane. O ile na zewnątrz możesz wyglądać na osobę zdyscyplinowaną i opanowaną, wewnątrz często trapi cię niepewność i martwisz się o wiele spraw. Niekiedy masz poważne wątpliwości, czy twoja decyzja była dobra albo czy twoje czyny były właściwe. Lubisz pewną ilość zmian i różnorodności, a kiedy osaczają cię ograniczenia odczuwasz niezadowolenie. Cenisz sobie własną niezależność myślenia i nie przyjmujesz cudzych twierdzeń bez przekonujących dowodów. Życie nauczyło cię, aby nie przesadzać ze szczerością kiedy się przed kimś otwierasz. Czasem bywasz osobą otwartą na ludzi, przystępną i towarzyską, ale innym razem zamkniętą, ostrożną i zdystansowaną. Niektóre z twoich marzeń wydają się być nierealistyczne.
Średni wynik wyniósł 4.26, czyli bardzo wysoko. Późniejsze eksperymenty wykazały, że trafność jest znacznie wyższa im wyższy jest autorytet osoby, która sporządza taki opis; badani podają więcej informacji typu, data urodzenia, miejsce urodzenia, obrys dłoni etc; analiza jest lekko schlebiająca i raczej pozytywnie opisuje badaną osobę; oraz badani myślą, że opis powstał specjalnie dla nich.

Iluzjonista Derren Brown w jednym ze swoich programów "Mind Control" przeprowadził eksperyment Forera na wizji, warto zobaczyć reakcje uczestników, zwłaszcza że Brown przeprowadził swój test w 3 różnych krajach.



Pozwoliłem sobie na lekkie piractwo i przepisałem z książki "Sztuczki Umysłu" pełen tekst jaki dostali uczestnicy.
(Swój grzech mogę usprawiedliwić tylko tak, że bardzo polecam tę książkę, nie jest ona bynajmniej tylko  o magicznych sztuczkach, ale bardzo lekko napisana pozycja ucząca sceptycznego myślenia.)
Jesteś osobą ze skłonnością do autorefleksji, co wyraźnie kontrastuje z rozwiniętą zdolnością przyjmowania pozy kogoś bardzo towarzyskiego, wręcz duszy towarzystwa, ale w sposób przekonujący tylko dla innych. Sam zbyt dobrze zdajesz sobie sprawę, że to maska. Oznacza to, że bywając w towarzystwie, często łapiesz się na
odgrywaniu jakiejś roli. Z jednej strony jesteś rozmowny i rozbawiony, z drugiej jednak potrafisz doprowadzić się do takiego wyobcowania, że obserwujesz tylko, co dzieje się wokół ciebie i kompletnie nie jesteś w stanie się włączyć. Wracasz pamięcią do przeprowadzonych rozmów i zastanawiasz się, o co chodziło danej osobie, kiedy mówiła to czy owo. A są to rozmowy, którym inni nie poświeciliby nawet krótkiej myśli. Jak nauczyłeś się radzić sobie z tą sprzecznością? Poprzez trening panowania nad sobą. Lubisz demonstrować pewność siebie i równowagę, ale ponieważ jest to stan wystudiowany, prowadzi do okresów rozchwianej bezmyślności i zamiłowania do skrajności albo przynajmniej do tego, że jesteś postrzegany jako osoba skrajna.
Najłatwiej dostrzec to w sposobie postępowania z otaczającymi cię ludźmi. Nauczyłeś się chronić samego siebie poprzez trzymanie innych na dystans. Ponieważ w przeszłości ktoś cię zawiódł (i ponieważ miałeś problemy z dostosowaniem się do swojej seksualności), instynktownie nie pozwalasz ludziom przekroczyć pewnej granicy, chyba, że postanowisz dopuścić kogoś do magicznego kręgu bliskich przyjaciół. Wówczas jednak problemem jest uzależnienie emocjonalne, które naraża cię na poczucie zranienia lub odrzucenia, gdyby się okazało, że ktoś zawiódł twoje zaufanie.
Ponieważ masz skłonność do kontrolowania samego siebie, jesteś świadom tych cech. Masz jednak nadzwyczajną zdolność do sprawowania kontroli nawet nad swoją samokontrolą, co oznacza, że martwi cię pytanie, kim NAPRAWDĘ jesteś. Zbyt dobrze zdajesz sobie sprawę ze swojej powierzchowności, swego wizerunku, jaki prezentujesz światu, i zastanawiasz się, czy nie straciłeś kontaktu ze swym prawdziwymi i spontanicznym ja.
Jesteś bardzo twórczy i próbowałeś różnych sposobów na spożytkowanie tej zdolności. Nie chodzi o to, że na przykład malujesz obrazy; twoja kreatywność może się przejawiać w bardziej subtelnych formach. na pewno odkryłeś, że nosisz w sobie wyraziste i skrystalizowane idee, których przyswojenie innym może sprawić trudność. Stawiasz sobie wysoko poprzeczkę i pod wieloma względami cechuje cię perfekcjonizm. Problem jednak w tym, że często nie wywiązujesz się z powierzonych zadań, ponieważ załamuje cię myśl, że to, co robisz jest zaledwie przeciętne, i odczuwasz zmęczenie na myśl o rozpoczynaniu wszystkiego od nowa. Kiedy jednak twój mózg wkracza do akcji, dostajesz skrzydeł, Z tego względu być może będziesz kiedyś rozważać napisanie powieści lub czegoś w tym rodzaju, ale obawy, że nie zdołasz osiągnąć dokładnie tego, co zamierzasz, powstrzymają cię od realizacji tego planu. Masz jednak realną wizję rzeczywistości, której innym brakuje. Wyrazem tego jest w szczególności twoja stuacja na studiach, gdzie zmagasz się z przeciwnościami uniemożliwiającymi ci nieskrępowane wyrażanie siebie. Twoją relację z rodzicami (prawdopodobnie jednego z nich już nie ma przy tobie albo jest nieobecny emocjonalnie) cechują pewne napięcia. Chciałbyś nadal być dla nich czuły, ale bieżące problemy prowadzą do frustracji - większej u ciebie niż u nich. Tak na prawdę nie są świadomi, co o tym myślisz. Po części dlatego, że w przeszłości czułeś się odizolowany od swego środowiska - byłeś kimś w rodzaju outsidera. Obecnie sam przyjmujesz taką rolę i bronisz jej do tego stopnia, że świadomie unikasz integracji z jakąkolwiek grupą. Oddaje ci to nieocenione usługi w działaniach twórczych i zawodowych. Z lekceważeniem spoglądasz na osoby, które wolą wtopić się w grupę albo przejawiają szablonowe zachowania, i zawsze czujesz rozczarowanie, kiedy twoi bliscy przyjaciele podążają taką drogą. W głębi duszy odbierasz to jako odrzucenie.
Jednakże dzięki zdolności samoobserwacji wyrobiłeś sobie nietuzinkowe, cierpkie poczucie humoru, które pozwala ci szybko i błyskotliwie nawiązywać kontakty. Dzięki niemu również twoje żarty są zawsze na wyższym poziomie. Cieszy cię to tak bardzo, że często ćwiczysz dowcipy albo zabawne wypowiedzi, aby potem "spontanicznie" zaimponować przyjaciołom. jest to jednak zdrowa chęć przypodobania się i chociaż nie lubisz się na tym przyłapywać, nie ma się czym martwić.
Miewasz czasem dziwne uczucie, że powinieneś się urodzić w innym stuleciu. O co w tym dokładnie chodzi, najlepiej potrafisz zgłębić ty sam.
W bieżącym okresie w twoim życiu mają miejsce poważne zmiany finansowe. Pełno ich w niedawnej przeszłości i zapowiadają się również w najbliższych tygodniach.
Obecnie masz powiązania z Ameryką (dla amerykańskich ochotników zostało to zmienione na UK), które są bardzo interesujące i mogą przynieść wartościowe rezultaty. Naturalną koleją rzeczy w twoje życie wkradło się nieco chaosu. W twojej przestrzeni życiowej zalegają pudełka z fotografiami, których nie powkładałeś do albumów, przeterminowane lekarstwa, zepsute przedmioty, których zapomniałeś wyrzucić, i nieaktualne notatki. Można z tego wywnioskować, że czasem cierpisz na brak motywacji. Ponieważ jesteś na tyle zaradny i utalentowany, by całkiem nieźle się spisywać, kiedy się do czegoś przyłożysz, skłonny jesteś odkładać różne rzeczy na ostatnią chwilę. Dość łatwo rezygnujesz z marzeń, kiedy twój umysł przerzuca się na coś innego. W twoim domu można znaleźć ślady wskazujące na to, że próbowałeś grać na jakimś instrumencie, ale się do tego zniechęciłeś albo coś innego wzbudziło w tobie większe zainteresowanie. (Może się to ewentualnie odnosić do poezji albo twórczości literackiej, którą już zarzuciłeś). Potrafisz szczerze postanowić, że jakaś sprawa (lub osoba) jest dla ciebie najważniejsza na świecie i poświęcisz się jej na zawsze. Zrażasz się jednak nieudanymi próbami i przerzucasz w kolejną skrajność, zamiast wytrwać chwilę dłużej i czerpać z tego przyjemność jak inni.
Podsumowanie. Sporządzanie twojej charakterystyki jest bardzo interesującym zajęciem, gdyż reprezentujesz sobą coś zagadkowego, co nie powinno być dla ciebie zaskakujące. jesteś bez wątpienia błyskotliwy, ale zarazem niezwykle otwarty na możliwości jakich dostarcza życie - cecha normalnie niespotykana wśród ludzi spełnionych. Nie zaszkodziłoby ci, gdybyś mniej przejmował się sobą, nabrał do siebie dystansu i przestał aż tak bardzo się kontrolować, kiedy prezentujesz innym swój wystylizowany wizerunek. Mógłbyś pozwolić ludziom trochę bardziej zbliżyć się do siebie, chociaż mam świadomość, że istnieją ciemne strony, które w twoim odczuciu nie powinny się ujawniać (są to głównie sprawy osobiste, relacje międzyludzkie i sfera seksualna, a wszystko odnosi się do potrzeb których nie akceptujesz)
Naprawdę masz pociągającą osobowość - naprawdę. Bardzo dziękuję za udział w tym eksperymencie. Był dla mnie niezmiernie wciągającym doświadczeniem.

Jak widać, patrząc z perspektywy tekst jest bardzo ogólny. Został jednak stworzony dla grupy wiekowej ok. 17-25 -  osoby z tej grupy, myśląc, że został napisany specjalnie dla nich nie miały już dystansu i potraktowały go bardzo osobiście.

"Z jednej strony jesteś rozmowny i rozbawiony, z drugiej jednak potrafisz doprowadzić się do takiego wyobcowania, że obserwujesz tylko, co dzieje się wokół ciebie i kompletnie nie jesteś w stanie się włączyć". Czyli w skrócie: "czasami jesteś introwertyczny, a czasami ekstrawertyczny" - czyli jest to opis KAŻDEGO.

Sztuczki lingwistyczne typu "Twoją relację z rodzicami (prawdopodobnie jednego z nich już nie ma przy tobie albo jest nieobecny emocjonalnie) cechują pewne napięcia." Niezależnie od tego jaka jest rzeczywista sytuacja - zawsze pasuje.

Lekkie schlebianie i odwołanie się do znanego i  udowodnionego faktu, że niemal każdy uważa, że ma lepsze poczucie humoru od innych. Do tego jeszcze, wygląda na to, że sporządzający opis wie co robimy kiedy nikt nie patrzy (co wzmacnia efekt), ale kto tak na prawdę czasami nie ćwiczył sobie ciętej riposty:

"Jednakże dzięki zdolności samoobserwacji wyrobiłeś sobie nietuzinkowe, cierpkie poczucie humoru, które pozwala ci szybko i błyskotliwie nawiązywać kontakty. Dzięki niemu również twoje żarty są zawsze na wyższym poziomie. Cieszy cię to tak bardzo, że często ćwiczysz dowcipy albo zabawne wypowiedzi, aby potem "spontanicznie" zaimponować przyjaciołom. "

Właściwie każdy fragment można tu przytoczyć jako idealny przykład Efektu Barnuma. Nawet jeżeli coś nie pasuje dokładnie działa tutaj jeszcze efekt potwierdzenia, zapamiętujemy tylko te rzeczy, które pasowały, a nietrafione zapominamy.
Oprócz oczywistego skojarzenia jakimi są horoskopy (swoją drogą zadziwia, że na największych serwisach takich jak gazeta.pl, onet.pl, wp.pl, dlaje obecny jest dział z horoskopami), efekt ten wykorzystywany jest przez różnych naciągaczy. Da przykładu spirytyści, którzy twierdzą, że potrafią rozmawiać ze zmarłymi:

Gdy medium rozmawia o stracie kogoś bliskiego - bardzo często nawiązuje do starszego mężczyzny (mężczyźni żyją krócej, jeżeli osoba jest w średnim wieku, albo starsza, szansa, że straciła ojca jest bardzo duża), gdy osoba potwierdzi, medium mówi, że duch ojca wskazuje na plecy (albo serce). Osoba czytana potwierdza (problemy z plecami i sercem to powszechne zjawisko u osób starszych). Potem medium mówi np. "duch ojca mówi, że masz gdzieś w szafie nieuporządkowane zdjęcia, wśród których jest jedno na których jest z przyjacielem i że on nie lubi tego zdjęcia" - ponownie prawie każdy ma jakieś zdjęcia, które walają się gdzieś po kątach, nawet jeśli nie ma na nich zdjęć ojca - to zawsze medium może naciskać, żeby lepiej szukać. Efekt dalej jest mocny. Pod pozorem szczegółowości spirytysta podaje po prostu bardzo ogólnikowe informacje i sprawia wrażenie, jakby dużo o nas wiedział. Na tym właśnie w praktyce polega efekt Barnuma.

Gdzie jeszcze możemy go spotkać? Ot na przykład w poppsychologicznych teoriach jak grafologia, gdzie opisy osobowości na podstawie pisma nie różnią się niczym od horoskopów, czy na przykład podczas diagnozowania u pacjenta syndromu DDA (czyli syndrom Dorosłych Dzieci Alkoholików - który to profil osobowości nie ma żadnych empirycznych podstaw, ale jest szalenie popularną diagnozą).
Oto problemy, które kwalifikują cię do DDA (nie musisz spełniać wszystkich, wystarczą niektóre):

- Masz niską samoocenę
- Nęka cię poczucie wstydu i poczucie winy
- Czasem masz skłonność do brania zbyt wielkiej odpowiedzialności za innych, a czasem nie poczuwasz się do odpowiedzialności w sytuacji, gdy istotnie za coś/kogoś odpowiadasz. (sic!)
- Masz zbyt wysoką potrzebę aprobaty
- Bliskość z innym sprawia ci problem.
- Masz nadmiernie rozbudowane poczucie lojalności
- Czujesz się bezsilna/bezsilny.
- Trudno ci zapanować nad odruchami.

Coś wam to przypomina?



Źródła i linki:
http://www.focus.pl/cywilizacja/zobacz/publikacje/horoskop-statystyczny/nc/1/
http://pl.wikipedia.org/wiki/Efekt_horoskopowy
http://www.randi.org/library/coldreading/index.html
http://pl.wikipedia.org/wiki/Zimny_odczyt
http://pl.wikipedia.org/wiki/Efekt_potwierdzenia

50 wielkich mitów psychologii popularnej
Sztuczki Umysłu

piątek, 6 lipca 2012

Albert Einstein kiedyś powiedział...

Taka oto urocza historyjka przelewa się od dość dawna już przez facebooka, katolickie fora internetowe i blogi  po polsku i po angielsku (tu też). Historyjka dorobiła się nawet reklamy tv.

Jest to oczywiście jedna z miejskich legend i nie ma nic wspólnego z prawdą, ale krzepi serca chrześcijan od jakiegoś 2000 roku, natomiast wersja z Einsteinem od 2004 roku. Nie mam zamiaru rozwodzić się nad logiką tej historyjki i komentować kolejnych teologicznych wygibasów, które się w niej znajdują. To co mnie zaciekawiło i skłoniło do napisania tej notki jest fakt pojawienia się na końcu postaci Alberta Einsteina.

Mimo, że większość ludzi prawdopodobnie nie rozumie teorii względności, to prawie każdy potrafi powtórzyć wzór E=MC2 i zobaczywszy zdjęcie Einsteina powie kto to był. Popkultura przyjęła Einsteina przetrawiła i wypluła, a to co wypluła to idealny archetyp mędrca. Jeżeli Einstein coś powiedział to znaczy, że jest to bardzo mądre, ponieważ Einstein był bardzo mądry, kropka. Zakłada się, że skoro Einstein był geniuszem z dziedziny fizyki, to znaczy, że był geniuszem także we wszystkich innych kwestiach, takich jak związki międzyludzkie, ekonomia, religia etc. Jest to oczywiście rozumowanie błędne, dajmy dla przykładu Newtona i jego zainteresowanie alchemią. 

Ten zmitologizowany obraz Einsteina w pewnym momencie zaczął żyć własnym życiem. Jeżeli ktoś ma jakiś bon-mot, który akurat pasuje mu do udowodnienia tezy, to jeżeli zacznie zdanie od "Albert Einstein kiedyś powiedział..." odniesie murowany sukces, przecież skoro powiedział to taki geniusz jak Einstein... Takie wypowiedzi słyszymy non stop w mediach, sejmie, czy czytamy na internetowych flejmach. Ciężko też powiedzieć, czy zabieg taki stosowany jest z premedytacją, czy po prostu autor wypowiedzi rzeczywiście wierzy, że dany cytat pochodzi od Einsteina. Schopenhauer taki chwyt erystyczny skatalogował pod numerem 24 czyli Argumentum ad verecundiam i einstein jest tutaj w ścisłej czołówce, jeżeli chodzi o ilość tego rodzaju odwołań.

Problem polega na tym, że bardzo często trudno dociec czy rzeczywiście takie słowa padły z ust Einsteina, czy jest to wymysł osoby cytującej. Problematyczny jest też fakt, że wiele cytatów przypisywanych Einsteinowi ma w internecie dużo większą liczbę odniesień do fałszywych źródeł niż autentycznych. Oczywiście jeżeli ma się pobieżną chociaż wiedzę na temat poglądów naukowca, możemy z założenia odrzucić pewne cytaty związane np. z religią, jak anegdotka podlinkowana we wstępie do tej notki. Pełno natomiast cytatów w stosunku do których ciężko odnieść jakąkolwiek wiedzę na temat Einsteina. 
Jeśli mężczyzna całuje piękną dziewczynę jednocześnie bezpiecznie prowadząc samochód, po prostu nie poświęca pocałunkowi uwagi na jaką zasługuje.
albo
Każdy jest geniuszem. Ale jeśli zaczniesz oceniać rybę pod względem jej zdolności wspinania się na drzewa, to przez całe życie będzie myślała, że jest głupia.
albo 
Musisz nauczyć się zasad gry. A potem - grać lepiej niż wszyscy inni.

I tak bez opamiętania, od stron motywacyjnych, przez religijne fora chrześcijan, buddystów, po new age który też zagospodarował sobie Einsteina jako słynnego mistykakabalistów czy astrologię:

Astrology is a science in itself and contains an illuminating body of knowledge. It taught me many things, and I am greatly indebted to it. Geophysical evidence reveals the power of the stars and the planets in relation to the terrestrial. In turn, astrology reinforces this power to some extent. This is why astrology is like a life-giving elixir to mankind. - ALBERT EINSTEIN

Oczywiście, żaden z powyższych cytatów nie pochodzi od Einsteina. Jak sobie z tym radzić? Po pierwsze, nawet jeżeli Einstein powiedział coś rzeczywiście, to czy ma to jakieś znaczeniu w innych kontekstach niż fizyka - tutaj temat jest dyskusyjny. Druga sprawa, jeżeli ktoś mówi - "Albert Einstein kiedyś powiedział...", od razu przestawmy sobie pokrętło czujności na 10. I jeżeli cytat wydaje się nam podejrzany, to po prostu zapytajmy o to, kiedy powiedział, w jakiej publikacji - "nie wydaje mi się, żeby to był Einstein' itd. Jeżeli tekst jest napisany możemy pokusić się o mały research na google books, poszukać sceptycznych stron gdzie ktoś już zadał sobie wysiłek sprawdzenia danego cytatu. Można zajrzeć na strony z cytatami, na których są one posegregowane wg daty i źródła. Tutaj jest też lista cytatów Einsteina, które ktoś prześledził i najczęściej nie znalazł odniesień. Tutaj też artykuł, którym się posiłkowałem, zgłębiając temat. 


Albert Einstein kiedyś powiedział: "Sprawdzaj źródła, bo internet to rzeka gówna, która co jakiś czas wybija i zalewa autorytety" i tej mądrości trzeba się trzymać. 

sobota, 16 czerwca 2012

Bóg w którego wątpimy

Przypadkiem trafiłem w księgarni na książkę Johna Humphrys'a "Bóg w którego wątpimy" wydaną przez Państwowy Instytut Wydawniczy. Z fragmentów umieszczonych na tylnej obwolucie dowiadujemy się, że książka przeznaczona jest dla ludzi wątpiących, którzy sceptycznie patrzą na religię, ale nie mogą wyrobić sobie jasnego poglądu na temat Boga - w skrócie agnostyków. Książka nie jest bardzo porywająca, nie czyta się jej z zapartym tchem, brakuje w niej ostrości poglądów jakie można znaleźć u D'Souzy czy Hitchensa. Plasuje się dokładnie w środku całego sporu. Nie jest to na pewno materiał na bestseller i raczej nie będziemy o Humphrysie słyszeli z mediów jako o głównym przedstawicielu agresywnego "nowego agnostycyzmu", ani nie zobaczymy go na czele organizacji Agnostic Voices of Britain. 

Najpierw trzy słowa o autorze. John Humphrys jest znany przede wszystkim jako dziennikarz radiowy pracujący dla czwartego kanału radia BBC, oraz jako prowadzący teleturniej "Mastermind". Autor deklaruje się jako człowiek, który najpierw odszedł od wiary i został ateistą, ale po latach stwierdził, że ateizm nie odpowiada na wszystkie jego pytania i określił się jako osoba wątpiąca i szukająca. Na pomysł książki wpadł po realizacji cyklu audycji dla BBC Radio 4 pt. "Humphrys in search of God".

I właśnie to co najciekawsze w tej książce, to fragmenty wywiadów jakie dziennikarz przeprowadził z arcybiskupem Canterbury Rowanem Williamsem, teologiem muzułmańskim prof. Tarikiem Ramadanem i Naczelnym rabinem Wielkiej Brytanii Johnatanem Sacksem. Niestety fragmenty tych wywiadów są zdecydowanie za krótkie, a autor zrobiłby zdecydowanie lepiej, gdyby zamiast uprawiać dość tanią, autorską filozofię całą książkę poświęcił tym rozmowom (ponoć każdy z wywiadów trwał po 5 godzin, więc materiału na książkę miał aż nadto). Rozmowy są o tyle ciekawe, że pokazują podejście różnych teologii do tego samego tematu, w tym wypadku - obecności cierpienia. Pokazują też często bezradność (ale też uczciwość) niektórych duchownych w wyjaśnianiu trudnych do pogodzenia z wiarą zjawisk, ale też często teologię jakiej jestem amatorem - czyli przepełnioną tanimi, infantylnymi analogiami, kreującą abstrakcyjne wewnętrznie sprzeczne teorie. Oto jak autor opisuje swoje podejście do rozmówców:
Potraktowałem tych trzech pobożnych i uczonych mężów, tak jak gdyby byli kłamliwymi politykami, zmuszonymi do bronienia jeszcze bardziej kłamliwego rządu. Rządu który obiecywał złote góry, ale obietnicy nie dotrzymał. Rządu który wynosił jedną grupę obywateli (wierzących) ponad drugą. Rządu, który się zaklinał, że oprze swoje działania na zasadach powszechnej sprawiedliwości, natomiast dopuścił, żeby w sposób niekontrolowany szalała koszmarna niesprawiedliwość. Rządu, który obiecywał wyeliminować cierpienie, ale wygląda na to, że cierpiący guzik go obchodzą. 
Różnica między osobą duchowną a politykiem polega na tym, że polityk może powiedzieć: "Możliwe że nie jesteśmy wiele warci, ale przynajmniej jesteśmy lepsi od innych partii. Wystarczy jak porównacie nasze i ich sukcesy". Osoba duchowna, owszem, może przestrzec: "Z Bogiem będzie ci się lepiej wiodło niż bez Boga", ale nie może dla porównania powołać się na jakiś sukces. Duchowni mogą ukuć wielki, chwytliwy slogan: "Wierz w Boga, a pójdziesz do nieba!" Problem w tym, że aby to udowodnić trzeba by znaleźć kogoś kto tam poszedł. I proszę mi powiedzieć co miałem zrobić z politykiem, który powiedział mi w jednym z programów "Today": "Wiem, nie ma cienia dowodu na to co mówię, ale musi Pan mieć wiarę i mi uwierzyć" W sumie nie sądzę, żeby to było nadzwyczaj mądre.
Właściwie, w mojej opinii, wartościowa część tej książki, niestety, kończy się i zaczyna właśnie na tych wywiadach. W pozostałych częściach autor, jak przystało na prawdziwego dziennikarza, sili się na obiektywizm i pozwala przekonywać się zarówno ateistom jak i teistom, sumuje ich argumenty i mówi, które go przekonują a które nie. Właściwie o tym jest cała ta książka. Na domiar złego nie są to specjalnie wyszukane przemyślenia. W skrócie: w jednym momencie szala przechyla się w stronę ateizmu, ponieważ na świecie jest tyle cierpienia, dzieci głodują i ludzie giną w trzęsieniach ziemi, za chwilę przechyla w stronę teizmu, ponieważ tyle dobrych ludzi wierzy w Boga i im to pomaga, bo wszyscy mamy wewnętrzny głos jakim jest sumienie, bo Irena Sandlerowa uratowała  tyle żydowskich dzieci itd... Oczywiście drwię, ale de facto do tego sprowadzają się przemyślenia autora. Dla przykładu Humphrys o głosie sumienia:
Obie strony (wierzący i ateiści) uznają  obecność tamtego, cichego, spokojnego głosu. Ale dla wierzących pochodzi on od Boga, a dla ateistów jest głosem rozumu. Jeśli chodzi o mnie, trudno mi zrozumieć coś takiego jak sumienie bez istnienia jakiejś wyższej, zewnętrznej mocy. Tę wyższą moc można nazwać Bogiem czy Brahmą, czy Allahem, czy - jak to czynił Sokrates - swoją osobistą wyrocznią. Natomiast nie można jej odrzucić. Ona istnieje i przynależy wyłącznie do rodzaju ludzkiego. Bo tylko człowieka można nazwać dobrym albo złym. Zwierzętom - zwłaszcza naczelnym - możemy przypisywać dowolne cechy ludzkie, ale one w końcu one są tym, czym są - zwierzętami. [...] Szympansy, zważywszy na to, ile ich DNA ma wspólnego z naszym DNA, być może są naszymi najblizszymi krewniakami, ale mimo to wciąż są szympansami i od czasu do czasu zabijają i zjadają się nawzajem. To normalne zachowanie szympansów - ani dobre, ani złe, po prostu normalne. 
Nie będę analizował tego fragmentu, autor sam podkłada sobie kłody pod nogi i się o nie potyka. Tego rodzaju złotych myśli w książce jest, niestety, na pęczki.

Redakcyjnie książka też kuleje, autor wielokrotnie cytuje nie podając źródeł, myli się w nazwiskach, np. pisząc o Samie Harrisie - pisze Sam Smith (polski tłumacz wspaniałomyślnie poprawił gafę autora). Krytykuje powyższego za szukanie nieistniejących korelacji (w książeczce List do Chrześcijańskiego Narodu) w statystyce pokazującej że w krajach bardziej świeckich obserwuje się mniej przestępstw, a główne przestępstwa popełniają tam religijni muzułmanie. Humhrys krytykuje Harrisa za to, że ten udowadnia tezę, iż ludzie niereligijni są bardziej moralni od religijnych, posiłkując się statystyką, w której nie można tak prosto doszukiwać się korelacji, bo jest dużo więcej zmiennych - gospodarka, porządek prawny etc. Miałby rację tylko, że Harris robi zupełnie odwrotnie. Odpowiada na argument, że ludzie niewierzący w Boga są niemoralni - pokazując, że nie ma korelacji pomiędzy niereligijnością a zwiększoną przestępczością, a jeżeli już się jakiejś doszukiwać to tylko i wyłącznie odwrotnej.

Autor krytykuje "nowych ateistów" za agresywny język i przekonanie, że wierzący to ludzie niezbyt inteligentni. Jeśli w Wielkiej Brytanii rzeczywiście ludzie wierzący są uciskaną mniejszością, wyszydzaną przez ogromną większość niewierzących - to może naturalną postawą jest stanąć w obronie słabszych i uciskanych. Niewierzący mają jednak prawo uznawać, że ludzie wierzący wpadają w pułapkę ślepej wiary, której nie da się pogodzić z rozumem, tak samo jak wierzący mogą nazywać ateistów "tymi, którzy nie odnaleźli jeszcze Boga". Na jedno wychodzi, a książki w ostatecznym rozrachunku nie polecam. Lepiej wydać te 30zł na dobry obiad, który najprawdopodobniej przyniesie lepsze rezultaty w zbliżaniu nas do Absolutu niż lektura tej książki.

piątek, 15 czerwca 2012

Krzysztof Jackowski vs Jeż Jurek

Najsłynniejszy polski jasnowidz Krzysztof Jackowski pozazdrościł chyba sławy Jeżowi Jurkowi i innym zwierzakom, które typują wyniki rozgrywek na euro 2012 i na łamach Super Expressu używając swoich sił mentalnych przewidział wyniki meczów polskiej reprezentacji. Tym samym zupełnie niechcący zgodził się na małe badanie - co prawda, niekontrolowane, na małej próbie, ale zawsze badanie. Myślę, że Sopockie towarzystwo Naukowe, które zaprosiło Jackowskiego do kontrolowanego eksperymentu, będzie musiało poważnie prześledzić rozgrywki Polaków, zrobić stosowne tabelki i wyciągnąć wnioski.
Jakie wnioski? Takie, że 2 z 3 meczy, których wyniki przepowiadał nasz słynny jasnowidz skończyły się remisem, mimo że jeden mieliśmy wygrać a drugi przegrać. Jeżeli przegramy z Czechami sportowe predykcje Jackowskiego będą miały 0% skuteczności. Mimo, że specjalnie się Euro nie ekscytuję to chyba mecz Polska - Czechy obejrzę, ale kibicował będę Czechom, a raczej przeciwko Jackowskiemu.

Update:
No niestety Pan Krzysztof w naszym małym eksperymencie wypadł nawet gorzej niż przypadek. A o to już na prawdę ciężko. Rzeczywistość - Jackowski 3:0

środa, 13 czerwca 2012

To wspaniałe chrześciaństwo

Tym razem na tapetę chciałem wziąć książkę Dinesha D'Souzy "To wspaniałe Chrześcijaństwo". Przeczytałem ją prawdopodobnie ze względu na moje zamiłowanie do samookaleczenia intelektualnego i zdrowego sadomasochizmu, poza tym jak można przejść obojętnie obok haseł wypisanych na okładce:
 Bestseller gorszący wyznawców niewiary
 Znakomita rozprawa z mitami ateizmu
 Nieskończenie bardziej wyszukana od rozpraw wyprodukowanych przez Richarda Dawkinsa, Sama Harrisa czy Christophera Hitchensa, książka D'Souzy wyprzedza dzieła ateistów o kilka długości.

Na domiar złego Christopher Hitchens, którego zawsze bardzo ceniłem, powiedział kiedyś, że D'Souza jest jednym z bardziej oczytanych i inteligentnych adwersarzy z którymi musiał debatować - czym niechcący zrobił mu taką reklamę, że już na prawdę musiałem przeczytać jego książkę.

Jako, że w większej mierze, z książką się nie zgadzam, zacznę od rzeczy dobrych. Przede wszystkim sensowne wydają się rozdziały, w których D'Souza pisze trochę o historycznym aspekcie chrześcijaństwa. O nadużyciach ze strony ateistów w kwestii liczb zabitych jakie przypisuje się Inkwizycji, o naciąganiu faktów przy interpretacji sprawy Galileusza, o tym, że kościół był przez pewien czas jedynym dysponentem wiedzy naukowej i tak na prawdę dużą rzeszę odkryć wspierał chociażby finansowo. Że Kopernik był kanonikiem, że Newton był wierzący itd. To wszystko prawda i warto przeczytać tę książkę chociażby dla tych rozdziałów. W istocie naciąganie tych faktów przez ateistów jest rzeczą powszechną. Osoby, które cenią sobie prawdę i fakty powinny krytycznym okiem spojrzeć na rysy historyczne zawarte w takich takich książkach jak "Religia i Nauka" Russella, "Traktat Ateologiczny" Onfraya czy fragmenty wyżej wymienionego "Boga Urojonego". To na pewno wartościowa część książki D'Souzy.
D'Souza również sensownie argumentuje, udowadniając że na chrześcijańskim podłożu wykwitły takie cenione obecnie wartości jak wolność słowa, równouprawnienie itd. Rzeczywiście ciężko z tym polemizować, ponieważ we wszystkich innych cywilizacjach opartych na Islamie, czy np. Hinduizmie w tej kwestii poszło nieco słabiej (system kastowy w Indiach, absolutny patriarchalizm w krajach muzułmańskich). Z tym się mogę zgodzić i jak się okazuje nawet niektórzy wyklinani przez D'Souze "nowi ateiści" również.

Cała reszta książki niestety jest już nieco słabsza. Kiedy D'Souza odchodzi od historii chrześcijaństwa i wchodzi na obszar nauki, niespecjalnie różni się ze swoimi argumentami od pozostałych apologetów pokroju Williama Lane Craiga. Bez problemu możemy mu zarzucić podwójne standardy, dopasowywanie biblii do własnej tezy (bez problemu możemy przeprowadzić eksperyment i znaleźć odpowiednie cytaty w Biblii uprawomocniające Komunizm, Faszyzm, niewolnictwo, stanowisko zwolenników kary śmierci, stanowisko przeciwników kary śmierci itd). D'Souza stosuje klasyczną argumentację z dowodu negatywnego, sugeruje, że naukowcy nie znają wszystkich odpowiedzi (a niby dlaczego on zna?) Dla przykładu podaje argument, że biblijny opis powstania świata idealnie pokrywa się z tym co obecnie naukowcy mówią o wielkim wybuchu. Argumentacja taka często przypomina wręcz argumenty zwolenników Kodu Biblli.  Płynnie też przepływa między pojęciami boga w sensie deistycznym, a pojęciem Boga w sensie teistycznym, w argumentacji wybiera sobie akurat takiego boga jaki pasuje mu do tezy, choć często sensowny argument o bogu deistycznym, absolutnie nie może być odniesiony do Boga chrześcijan.

Największym zarzutem książki jest jednak jej małostkowość, D'Souza jest tak pewny siebie i arogancki (próbkę tego można zobaczyć chociażby tutaj), pozbawiony wątpliwości, co do swoich hipotez, że na prawdę ciężko się to czyta. Taki sam zarzut miałem do jego poprzedniej książki "Listy do młodego konserwatysty", która ociekała jadem w sposób tak widoczny, że aż była niezdatna do czytania. (Mimo, że z częścią postulatów republikańskich w zupełności się zgadzam, to po lekturze miałem ochotę, na złość autorowi, rzucić to w diabły, zaprenumerować 'Krytykę Polityczną' i postulować nacjonalizację gospodarki). Oczywiście jestem świadom, że podobne zarzuty można mieć chociażby do "Boga Urojonego', ale Dawkinsa jednak stać czasem na "nie wiem", choćby to miała być fałszywa skromność. D'Souza wie.

wtorek, 12 czerwca 2012

Lekarze, naukowcy, szarlatani

Jakoś ominął mnie fakt, że w zeszłym roku nakładem wydawnictwa septem ukazało się polskie tłumaczenie książki Bena Goldacre'a "Bad Science" pod nieznośnie długim tytułem "Lekarze, naukowcy, szarlatani - od przerażonego pacjenta do świadomego konsumenta" Poza tytułem, polskie wydanie grzeszy jeszcze przede wszystkim okładką, którą przy pierwszym kontakcie miałem ochotę oblać benzyną i podpalić. Kiedy jednak przebrniemy przez pierwszą warstwę tektury, zawierające wszystkie te graficzno-językowe potworki, na pewno się nie zawiedziemy. Książkę tę zdecydowanie polecam każdemu, najlepiej kupić od razu kilka egzemplarzy, żeby móc rozdawać znajomym. Telewizja publiczna powinna dawać ją w zamian za abonament i zaliczyłbym im działalność misyjną na 5tkę...

Autor jest lekarzem, ale znany jest przede wszystkim ze swoich artykułów Guardianie i bloga Bad Science. W książce opisuje i poddaje krytyce takie zjawiska jak homeopatia, terapie detoksykacyjne, kinezjologia, ruchy antyszczepionkowe, wszelkiej maści diety, mity o antyoksydantach i wiele wiele innych. Czytelnik dowiaduje się też nieco o metodologii naukowej, czym jest EBM (Evidence Based Medicine) czyli medycyna oparta na dowodach - na czym polega efekt placebo, jak wyglądają podwójnie ślepe próby, jak wygląda proces wprowadzenia nowych leków na rynek i jak analizować dane statystyczne. Krytykuje też zarówno media, które przyczyniają się do szerzenia nieprawdziwych informacji (jak afera ze szczepionką MMR w UK), za to, że nie poczuwają się do najmniejszej odpowiedzialności za to o czym piszą, jak i wielkie koncerny farmaceutyczne za przekłamywanie wyników badań, celowe błędy w metodologii i zwykłą nieuczciwość wynikającą z czystej chęci zysku.

Wreszcie rykoszetem dostaje się tutaj konkretnym osobom, takim jak Gilian McKeith - popularna dietetyczka, prezenterka programu nadawanego przez Channel 4 "You Are What You Eat" która uważana jest na Wyspach za autorytet w kwestiach żywienia. Prof. Patric Holford - kolejny specjalista od żywienia, który uważa że Witamina C jest dużo lepsza w leczeniu HIV niż AZT (Azydotymidyna) i zaleca używanie suplementów diety (które sam sprzedaje) i wielu innym.

Lektura jest bardzo lekka i przyjemna, książkę przeczytałem w 2 wieczory i właściwie nie mogłem się od niej oderwać. Niesie też ogromną wartość edukacyjną, ponieważ uczy samodzielnego myślenia. Bardzo gorąco polecam. Pozycja obowiązkowa!

niedziela, 10 czerwca 2012

Solidna dawka teologii

Jako wielki zwolennik nauki zwanej teologią, chciałem przybliżać co jakiś czas czytelnikom tego bloga, co ciekawsze i bardziej wartościowe odkrycia tej wspaniałej dziedziny. W dniu dzisiejszym chciałem przedstawić Państwu kilka niezwykle ważnych i odkrywczych myśli jakie wydała ta nauka w ciągu ostatnich miesięcy. Warto zaznaczyć, że jest to gałąź wiedzy, która rozwija się niezwykle prężnie i wydaje dużo więcej potrzebnych i wartościowych owoców niż medycyna, fizyka, chemia, czy nawet psychologia.

Teologia Sportowa
Zacznę od rodzimego podwórka, a ponieważ właśnie odbywają się mistrzostwa europy w piłce nożnej i temat ten nie schodzi z nagłówków gazet, nie może zabraknąć tutaj teologicznych doniesień związanych z tym sportem. Znany polski teolog kardynał Stanisław Dziwisz po wieloletnich badaniach ogłosił wyniki swoich eksperymentów. Jako wybitny naukowiec, ale zarazem propagator nauki potrafił przybliżyć swoje odkrycie w prosty i przejrzysty sposób (dla nieobytych z procedurami i nomenklaturą teologicznych laboratoriów zwykłych śmiertelników) - na przykładzie ostatniego meczu Polski z Grecją. Kardynał Dziwisz analizował korelacje pomiędzy wynikami wydarzeń sportowych, a wstawiennictwem nieżyjących papieży. Eksperyment wyglądał następująco:

Badanych podzielono na dwie grupy:
Grupa badana - 11 zawodników z polskiej drużyny
Grupa kontrolna - 11 zawodników z greckiej drużyny

Nad badaną grupą Dziwisz roztoczył moc wstawienniczą nieżyjącego Jana Pawła II, za pomocą wykonanej osobiście gorącej modlitwy.
Grupa kontrolna pozbawiona była wstawiennictwa jakiegokolwiek z nieżyjących polskich papieży.

Po zebraniu danych i przeprowadzeniu eksperymentu który zakończył się remisem 1:1, dzięki teologicznej metodologii, Dziwisz mógł śmiało powiedzieć, że wykrył istotną korelację. Wstawiennictwo papieskie zdecydowanie przyczyniło się do sukcesu Polaków.
Pełną relację z badania opublikowano w cenionym periodyku naukowym jakim jest dodatek sportowy do internetowego wydania dziennik.pl.

Źródło homoseksualizmu.
Znany i ceniony w środowisku naukowym Szyicki teolog Yaser Habib, po wieloletnich badaniach ogłosił ostatnio w prestiżowym naukowym programie memri.tv swoje najnowsze odkrycia. Okazuje się, że spór o to czy homoseksualizm jest cechą wrodzoną czy nabytą możemy definitywnie zamknąć. Habib dzięki czasochłonnym, ale też  bardzo dokładnie i precyzyjnie zaplanowanym badaniom odkrył, że jeżeli ktoś nie rodzi się Szyitą, to dzięki procedurze penetracji odbytu za pomocą palca, jaką Szatan dokonuje podczas porodu, w człowieku rodzą się skłonności homoseksualne. W swoich badaniach Habib oparł się na wcześniej znanym teologicznym odkryciu jakim jest choroba wynikająca z penetracji odbytu. jeżeli państwo nie słyszeli o tym naukowym doniesieniu, powiem tylko w skrócie, że sperma znajdująca się w odbycie powoduje powstanie tam robaka, który już do końca życia wierci się w człowieku. Nie znaleziono na tę jednostkę chorobową żadnego lekarstwa, wiemy jednak, że ulgę w cierpieniu przynoszą tylko kolejne penetracje. Co ciekawe zupełnie przypadkiem naukowcy kierujący badaniem pod przewodnictwem Yasera Habiba, odkryli, że damskim odpowiednikiem tej przypadłości jest prostytucja, która także jak się okazuje jest dziedziczna. Zainteresowanych odsyłam do źródła.

Na koniec żeby rozładować trochę atmosferę coś lżejszego. Przezabawna historia znanego muzułmańskiego teologa, która pokazuje, że teologia to nie tylko żmudne badania i ortodoksyjna wręcz metodologia. Teologia może być też czasami powodem do śmiechu.

piątek, 8 czerwca 2012

Zakazana Psychologia Tom 1

Właśnie skończyłem czytać książkę Tomasza Witkowskiego pt "Zakazana psychologia - tom 1". Książka ważna i potrzebna, pokazująca, że pseudonauka to nie tylko okraszone nomenklaturą fizyki kwantowej brednie Deepaka Chopry, popularność wróżbity Macieja, czy powszechne uznanie dla rutinoscorbinu. Witkowski pokazuje, że pseudonauka przedziera się także przez mury uniwersytetów, zwłaszcza na wydziałach psychologii. Z 12 najlepszych polskich uczelni, na których można studiować psychologię, osiem zawiera w programie pseudonaukowe teorie takie jak NLP, ustawienia Hellingerowskie, czy Kinezjologia. Za pomocą prowokacji pokazuje jak łatwo treściom pseudonaukowym dostać się do popularnonaukowego obiegu w takich poczytnych pismach o psychologii jak "Charaktery". Wreszcie pisze o grzechach nauki i o niedoskonałości systemu naukowego. Nie piszę tego jednak z perspektywy osoby, która odrzuca naukę i szuka innej "alternatywnej" drogi. Pisze z perspektywy osoby, która metodę naukową uważa za najlepszą i tylko szuka metod jej ulepszenia.


Książkę czyta się bardzo dobrze, jest ciekawa, bogata w przypisy. Niestety jest nieco za długa, pewne informacje się powtarzają (łącznie z tym, że znalazłem dokładnie ten sam fragment tekstu w dwóch miejscach książki), czasami zbyt małostkowa w przypadku roztrząsania sporu z redakcją "Charakterów" - wystarczyło zainteresowanych odesłać do bloga, a w książce pominąć konflikt i zająć się nieco bardziej merytoryczną stroną tego tematu. (Niemniej jednak prowokację popieram!) Tak czy inaczej książkę polecam i czekam na tom 2 i 3.

Całun Turyński cz.2

W pierwszej części pisałem głównie o kontrowersjach w sprawie datowania całunu, tutaj chciałem napisać o wszelkich innych dowodach (wątpliwej jakości) jego autentyczności, na jakie natrafiłem przeglądając publikacje książkowe. Na moje szczęście (lub nieszczęście) przypadkiem trafiłem na bardzo ciekawy tekst Aleksandra Głowackiego, który właściwie wyczerpuje temat. Ponieważ tekst jest rzetelny i jest po polsku, nie będę rozpisywał się tutaj na te same tematy tylko oddam palmę pierwszeństwa i odsyłam do oryginału.

Niewątpliwie najbardziej przekonywujące i co by nie mówić najprostsze argumenty to moim zdaniem argumenty natury estetycznej. Wizerunek na całunie posiada większość cech charakterystycznych dla sztuki gotyckiej. Nieanatomiczny wygląd postaci powinien właściwie zamknąć temat autentyczności całunu. Niestety cechą charakterystyczną niemal wszystkich syndrologów jest dopasowywanie faktów do tezy, a nie tworzenie tezy na podstawie faktów.  Nawet zakładając, że większość argumentów przytaczanych przez nich jest niepodważalna (zróbmy tak dla dobra dyskusji), to co jest bardziej prawdopodobne - to że pyłki kwiatowe mogły być naniesione przez pielgrzymów, krew upuścił sobie fałszerz, że znalazł kawałek lnu z 1 wieku, że specjalnie kupił od handlarzy oryginalne 1 wieczne monety? Czy że całun powstał w 1 wieku poprzez naświetlenie wydobywającym się z organów wewnętrznych światłem UV powstającego z martwych zdeformowanego fizycznie człowieka?

Zobaczmy metodę rozumowania syndrologów i zastanówmy się dlaczego są nienaukowe:

Datowanie radiowęglowe wykonane z różnych próbek w 3 niezależnych laboratoriach wykazało, że całun powstał w średniowieczu - wniosek syndrologów, próbki były zanieczyszczone, przeszkodziły grzyby, próbki pobrano z łaty. Przecież wiemy, że powstał w 1 wieku. Skoro badania pokazują inaczej - do diabła z badaniami.

Za pomocą datowania określonego na podstawie braku waniliny na niektórych częściach całunu syndrolodzy określają, że powstał on pomiędzy 1000r p.n.e a 700 rokiem n.e - wniosek całun powstał w 1 wieku poprzez naświetlenie tkaniny światłem UV przez powstającego ze zmarłych człowieka. Ale moment przecież jest równie prawdopodobne, że powstał w 2 wieku, w 3 wieku...

Na całunie nie znaleziono metodami sądowymi, żadnej krwi, syndrolodzy jednak przekonani o autentyczności całunu szukają dalej i znajdują niektóre składniki krwi takie jak żelazo, czy proteiny. Wniosek - na całunie jest ludzka krew - najprawdopodobniej krew Chrystusa. Nieistotne jest, że są to składniki popularnych w średniowieczu pigmentów malarskich, nieistotne, że nawet jeśli znaleźli by w istocie prawdziwą krew, nie mieliby żadnej pewności, że krew nie jest krwią fałszerza. W niemal każdej publikacji o boskim pochodzeniu całunu pojawia się argument krwi, mimo że jest chybiony z założenia.

Włoscy naukowcy prowadzą 5 letnie badania, dzięki którym wiemy, że żeby uzyskać za pomocą wiązki światła efekt taki sam jak na całunie, potrzeba lasera ultrafioletowego, który (jak zaznaczono w większości  publikacji na ten temat) nie był dostępny w średniowieczu - wniosek - zdeformowany człowiek powstaje ze zmarłych jego organy świecą laserem UV w 1 wieku w Palestynie. Dlaczego poświęcono 5 lat na badania jaką wiązką ŚWIATŁA można osiągnąć taki efekt? Czy to nie jest zaprzeczenie idei brzytwy Ockhama?

Już nie mam siły dalej pisać o absurdach tej dziedziny "nauki". Temat całunu Turyńskiego zapewne nigdy nie ucichnie, szum medialny służy podtrzymywaniu wrażenia, że autentyczność całunu to rzecz kontrowersyjna. Mimo, że ludzie wierzący zarzekają się, że dowody nie są im do wiary potrzebne, to temat całunu powraca w dyskusjach jak bumerang. Czekam tylko na następną taką dyskusję...

piątek, 25 maja 2012

Całun Turyński cz.1

Ostatnio w trakcie internetowej debaty na Uniwersytecie Facebooka im. Marka Zuckerberga, przypadkiem do rozmowy wkradł się temat całunu Turyńskiego. W swojej naiwności powiedziałem, że przecież już dawno wiadomo - dzięki datowaniu radiowęglowemu, że całun pochodzi z XIII - XIV wieku. Wtedy się zaczęło...

Kompletnie nie masz racji, uznano, że to PRAWDOPODOBNIE falsyfikat w latach 70, natomiast najnowsze technologie po raz kolejny wywiodły naukowców na manowce i najnowsze badania wskazują właśnie to, że pochodzi on z lat 30 po narodzeniu Chrystusa!”
No to zmotywowany akademicką dyskusją na wyżej wspomnianym uniwerystecie - zacząłem swoje małe poszukiwania i im więcej się dowiadywałem tym więcej miałem z tego radości. Zacznę od tego, że wpisałem hasło “Całun Turyński” do najpopularniejszej polskiej księgarni internetowej Merlin. Wyskoczyło 15 publikacji, z czego, żadna nie odnosząca się sceptycznie do teorii, że całun jest oryginalny. Pojawiają się głównie publikacje typu: "Wielkie relikwie chrześcijaństwa", "Oblicze Chrystusa" "Milczący świadkowie Golgoty" itd. Jest kilka książek opisujących próby naukowe w określeniu jego pochodzenia "Całun - śledztwo w sprawie ukrzyżowanego", czy nawet "Całun Turyński - relikwia czy genialne fałszerstwo", ale wystarczy przeczytać opis, żeby dowiedzieć się, że pozycje te raczej potwierdzają jego autentyczne pochodzenie niż negują, lub chociaż wstrzymują się od głosu. Skoro tak wygląda współczesna opinia publiczna w Polsce na temat całunu, czy to znaczy, że jednak całun jest prawdziwy a "najnowsze badania" obalają datowanie C14 z 88 roku? Zobaczmy.

Główne zarzuty co do datowania są właściwie trzy:

- Próbki pobrano z łaty doszytej w średniowieczu.
- Próbki zanieczyściły grzyby, które pokrywały całun.
- Próbki datowania węglem zanieczyścił pożar, który całun "przeżył" w XVI wieku

Zacznę od własnej opinii. Po pierwsze jasne i logiczne jest, że wszystkie te zarzuty nie mogą być na raz prawdziwe. Jeżeli pobrano próbki ze średniowiecznej łaty do tego zanieczyszczone grzybami i poopalane przez pożar - to przecież wynik wskazujący na średniowiecze jasno pokazuje, że datowanie jednak okazało się słuszne. W końcu wskazało na średniowiecze - czyli okres z ktorego pochodzi łata. Ilość wykluczających się wzajemnie zarzutów raczej powinien sugerować, że wymyślano ad hoc wszystko co może obalić tezę o oryginalności całunu. Nie chce mi się wierzyć, że próbki pobrano z doszytej łaty - jakim idiotą trzeba by być, żeby zrobić coś takiego? Żeby nie być gołosłownym fragment artykułu z czasopisma Nature z 89 roku opisujący proces pobierania próbek:
textile experts specifically made efforts to select a site for taking the radiocarbon sample that was away from patches and seams.
Czyli:
Specjaliści od płótna włożyli wiele wysiłku w wybranie odpowiedniej strony całunu, pozbawionej łat i szwów, do pobrania próbek do datowania radiowęglowego.
Nawet jeśli próbki pobrano z łatek - a co z tym idzie wszelkie teorie o zanieczyszczeniu grzybami i pożarem automatycznie możemy zdyskwalifikować - nie wykonano kolejnego datowania. Nie wiem czy z niechęci właścicieli całunu, czy z braku takiej potrzeby - wszak naukowcy, którzy wykonywali datowanie (a były to 3 niezależne ekipy z Zurichu, Oxfordu i Arizony), nie mają podstaw, żeby twierdzić, że badanie było wykonane nieprawidłowo. Jeżeli jednak próbki pobrano prawidłowo z oryginalnej części całunu, to co z argumentami odnośnie grzybów i węgla. Dziwi mnie, że takie rzeczy raczej nigdy nie przeszkadzają w datowaniu wielu innych przedmiotów, ale zaczynają przeszkadzać w przypadku datowania świętych relikwii przy których jest tyle żywych emocji.  Tutaj link do samego źródła - tylko po angielsku i krótki cytat z innego źródła.
According to microchemist Dr. Walter McCrone,
 The suggestion that the 1532 Chambery fire changed the date of the cloth is ludicrous. Samples for C-dating are routinely and completely burned to CO2 as part of a well-tested purification procedure. The suggestions that modern biological contaminants were sufficient to modernize the date are also ridiculous. A weight of 20th century carbon equaling nearly two times the weight of the Shroud carbon itself would be required to change a 1st century date to the 14th century (see Carbon 14 graph). Besides this, the linen cloth samples were very carefully cleaned before analysis at each of the C-dating laboratories.
 I moje na prawdę amatorskie tłumaczenie:
Nawiązując do wypowiedzi mikrochemika Dr. Waltera McCrone   
Sugestia, że pożar z 1532 roku zmienił wynik datowania całunu jest śmieszny. Próbki przeznaczone do datowania węglem są rutynowo, całkowicie spalane do CO2 jako część doskonale przetestowanej procedury oczyszczania. Sugestie, że współczesne biologiczne zanieczyszczenia były wystarczające do tak znaczącej zmiany daty są także absurdalne. Ilość XX wiecznego węgla potrzebnego do zmiany wyniku datowania z I wieku na XIVwiek musiałaby być dwukrotnie większa niż próbka pobrana z całunu. Poza tym próbki zostały bardzo dokładnie wyczyszczone przed analizą w każdym laboratorium zajmującym się datowaniem C14.
Wydaje mi się, że na prawdę możemy już argumenty odnośnie błędów w datowaniu między bajki włożyć. Ale to jeszcze nie koniec historii. Przeprowadzono jeszcze kolejne datowania innymi metodami, które wykazały, że całun powstał pomiędzy 1700 rokiem p.n.e a 700 rokiem n.e. - czyli na pewno nie w średniowieczu. Jakie to metody i kto wykonał te badania? Otóż dokładnie ten sam profesor, który zarzucał, że materiał do próbek został pobrany z doszytej łaty (cytat z Wikipedii):
W 2005 Raymond Rogers, szef zespołu badawczego z Los Alamos z 1978 roku, opublikował w specjalistycznym piśmie „Thermochimica Acta” wyniki badań, które wykazały, że próbka zawierała nici wplecione w tkaninę Całunu Turyńskiego. Prof. Rogers stwierdził, że wplecione włókna upodobniono do reszty, pokrywając je barwnikiem osiąganym z korzenia marzany barwierskiej (Rubia tinctorum), dlatego trudno je dostrzec gołym okiem. Jego badania wykazały też, że próbka przeznaczona do datowania w 1988 roku zawierała aż 37% waniliny, podczas gdy wanilina na głównej powierzchni całunu uległa całkowitemu rozpadowi, tak samo jak w przypadku starożytnych zwojów znad Morza Martwego. Na tej podstawie ocenił wiek najstarszych fragmentów płótna w przedziale 1000 r. p.n.e. – 700 r. n.e. Badania Rogersa dowodzą (zgodnie z postulatem Marino i Benford), że laboratoria w 1988 roku, zamiast datować płótno całunowe, faktycznie datowały przyszytą do niego łatę.
Jak wiemy z wcześniejszego cytatu, ilość tych włókien jeżeli pochodziłyby z XX wieku, (a łatki doszywano w średniowieczu, więc musiałoby ich być znacznie więcej) musiałby ponad dwukrotnie przewyższyć liczbę oryginalnych nitek. Po drugie nawet jeśli to naukowe badanie na podstawie Waniliny, a raczej jej BRAKU - poważnie mnie zastanawia. Jeżeli nawet Rogers ma rację i rzeczywiście odkrył, że próbki pobrano z łatki, to na jakiej podstawie na podstawie braku jakiegoś elementu (Waniliny) na oryginalnym całunie określił jej wiek? Wanilina to nie jest jakiś niesamowity środek chemiczny, może zostać sprany, a wiadomo, że całun był kilkakrotnie prany w średniowieczu - prawdopodobnie nawet przed doszyciem łatek. Co więcej, jeżeli został sfałszowany, istnieje duże prawdopodobieństwo, że fałszerz sam go prał, żeby jego dzieło wyglądało na starsze? Czy to jest równoprawne "najnowsze badanie naukowe", które obala metodę datowania c14?