Polub bloga na facebooku

Polub bloga na facebooku:    

piątek, 25 maja 2012

Całun Turyński cz.1

Ostatnio w trakcie internetowej debaty na Uniwersytecie Facebooka im. Marka Zuckerberga, przypadkiem do rozmowy wkradł się temat całunu Turyńskiego. W swojej naiwności powiedziałem, że przecież już dawno wiadomo - dzięki datowaniu radiowęglowemu, że całun pochodzi z XIII - XIV wieku. Wtedy się zaczęło...

Kompletnie nie masz racji, uznano, że to PRAWDOPODOBNIE falsyfikat w latach 70, natomiast najnowsze technologie po raz kolejny wywiodły naukowców na manowce i najnowsze badania wskazują właśnie to, że pochodzi on z lat 30 po narodzeniu Chrystusa!”
No to zmotywowany akademicką dyskusją na wyżej wspomnianym uniwerystecie - zacząłem swoje małe poszukiwania i im więcej się dowiadywałem tym więcej miałem z tego radości. Zacznę od tego, że wpisałem hasło “Całun Turyński” do najpopularniejszej polskiej księgarni internetowej Merlin. Wyskoczyło 15 publikacji, z czego, żadna nie odnosząca się sceptycznie do teorii, że całun jest oryginalny. Pojawiają się głównie publikacje typu: "Wielkie relikwie chrześcijaństwa", "Oblicze Chrystusa" "Milczący świadkowie Golgoty" itd. Jest kilka książek opisujących próby naukowe w określeniu jego pochodzenia "Całun - śledztwo w sprawie ukrzyżowanego", czy nawet "Całun Turyński - relikwia czy genialne fałszerstwo", ale wystarczy przeczytać opis, żeby dowiedzieć się, że pozycje te raczej potwierdzają jego autentyczne pochodzenie niż negują, lub chociaż wstrzymują się od głosu. Skoro tak wygląda współczesna opinia publiczna w Polsce na temat całunu, czy to znaczy, że jednak całun jest prawdziwy a "najnowsze badania" obalają datowanie C14 z 88 roku? Zobaczmy.

Główne zarzuty co do datowania są właściwie trzy:

- Próbki pobrano z łaty doszytej w średniowieczu.
- Próbki zanieczyściły grzyby, które pokrywały całun.
- Próbki datowania węglem zanieczyścił pożar, który całun "przeżył" w XVI wieku

Zacznę od własnej opinii. Po pierwsze jasne i logiczne jest, że wszystkie te zarzuty nie mogą być na raz prawdziwe. Jeżeli pobrano próbki ze średniowiecznej łaty do tego zanieczyszczone grzybami i poopalane przez pożar - to przecież wynik wskazujący na średniowiecze jasno pokazuje, że datowanie jednak okazało się słuszne. W końcu wskazało na średniowiecze - czyli okres z ktorego pochodzi łata. Ilość wykluczających się wzajemnie zarzutów raczej powinien sugerować, że wymyślano ad hoc wszystko co może obalić tezę o oryginalności całunu. Nie chce mi się wierzyć, że próbki pobrano z doszytej łaty - jakim idiotą trzeba by być, żeby zrobić coś takiego? Żeby nie być gołosłownym fragment artykułu z czasopisma Nature z 89 roku opisujący proces pobierania próbek:
textile experts specifically made efforts to select a site for taking the radiocarbon sample that was away from patches and seams.
Czyli:
Specjaliści od płótna włożyli wiele wysiłku w wybranie odpowiedniej strony całunu, pozbawionej łat i szwów, do pobrania próbek do datowania radiowęglowego.
Nawet jeśli próbki pobrano z łatek - a co z tym idzie wszelkie teorie o zanieczyszczeniu grzybami i pożarem automatycznie możemy zdyskwalifikować - nie wykonano kolejnego datowania. Nie wiem czy z niechęci właścicieli całunu, czy z braku takiej potrzeby - wszak naukowcy, którzy wykonywali datowanie (a były to 3 niezależne ekipy z Zurichu, Oxfordu i Arizony), nie mają podstaw, żeby twierdzić, że badanie było wykonane nieprawidłowo. Jeżeli jednak próbki pobrano prawidłowo z oryginalnej części całunu, to co z argumentami odnośnie grzybów i węgla. Dziwi mnie, że takie rzeczy raczej nigdy nie przeszkadzają w datowaniu wielu innych przedmiotów, ale zaczynają przeszkadzać w przypadku datowania świętych relikwii przy których jest tyle żywych emocji.  Tutaj link do samego źródła - tylko po angielsku i krótki cytat z innego źródła.
According to microchemist Dr. Walter McCrone,
 The suggestion that the 1532 Chambery fire changed the date of the cloth is ludicrous. Samples for C-dating are routinely and completely burned to CO2 as part of a well-tested purification procedure. The suggestions that modern biological contaminants were sufficient to modernize the date are also ridiculous. A weight of 20th century carbon equaling nearly two times the weight of the Shroud carbon itself would be required to change a 1st century date to the 14th century (see Carbon 14 graph). Besides this, the linen cloth samples were very carefully cleaned before analysis at each of the C-dating laboratories.
 I moje na prawdę amatorskie tłumaczenie:
Nawiązując do wypowiedzi mikrochemika Dr. Waltera McCrone   
Sugestia, że pożar z 1532 roku zmienił wynik datowania całunu jest śmieszny. Próbki przeznaczone do datowania węglem są rutynowo, całkowicie spalane do CO2 jako część doskonale przetestowanej procedury oczyszczania. Sugestie, że współczesne biologiczne zanieczyszczenia były wystarczające do tak znaczącej zmiany daty są także absurdalne. Ilość XX wiecznego węgla potrzebnego do zmiany wyniku datowania z I wieku na XIVwiek musiałaby być dwukrotnie większa niż próbka pobrana z całunu. Poza tym próbki zostały bardzo dokładnie wyczyszczone przed analizą w każdym laboratorium zajmującym się datowaniem C14.
Wydaje mi się, że na prawdę możemy już argumenty odnośnie błędów w datowaniu między bajki włożyć. Ale to jeszcze nie koniec historii. Przeprowadzono jeszcze kolejne datowania innymi metodami, które wykazały, że całun powstał pomiędzy 1700 rokiem p.n.e a 700 rokiem n.e. - czyli na pewno nie w średniowieczu. Jakie to metody i kto wykonał te badania? Otóż dokładnie ten sam profesor, który zarzucał, że materiał do próbek został pobrany z doszytej łaty (cytat z Wikipedii):
W 2005 Raymond Rogers, szef zespołu badawczego z Los Alamos z 1978 roku, opublikował w specjalistycznym piśmie „Thermochimica Acta” wyniki badań, które wykazały, że próbka zawierała nici wplecione w tkaninę Całunu Turyńskiego. Prof. Rogers stwierdził, że wplecione włókna upodobniono do reszty, pokrywając je barwnikiem osiąganym z korzenia marzany barwierskiej (Rubia tinctorum), dlatego trudno je dostrzec gołym okiem. Jego badania wykazały też, że próbka przeznaczona do datowania w 1988 roku zawierała aż 37% waniliny, podczas gdy wanilina na głównej powierzchni całunu uległa całkowitemu rozpadowi, tak samo jak w przypadku starożytnych zwojów znad Morza Martwego. Na tej podstawie ocenił wiek najstarszych fragmentów płótna w przedziale 1000 r. p.n.e. – 700 r. n.e. Badania Rogersa dowodzą (zgodnie z postulatem Marino i Benford), że laboratoria w 1988 roku, zamiast datować płótno całunowe, faktycznie datowały przyszytą do niego łatę.
Jak wiemy z wcześniejszego cytatu, ilość tych włókien jeżeli pochodziłyby z XX wieku, (a łatki doszywano w średniowieczu, więc musiałoby ich być znacznie więcej) musiałby ponad dwukrotnie przewyższyć liczbę oryginalnych nitek. Po drugie nawet jeśli to naukowe badanie na podstawie Waniliny, a raczej jej BRAKU - poważnie mnie zastanawia. Jeżeli nawet Rogers ma rację i rzeczywiście odkrył, że próbki pobrano z łatki, to na jakiej podstawie na podstawie braku jakiegoś elementu (Waniliny) na oryginalnym całunie określił jej wiek? Wanilina to nie jest jakiś niesamowity środek chemiczny, może zostać sprany, a wiadomo, że całun był kilkakrotnie prany w średniowieczu - prawdopodobnie nawet przed doszyciem łatek. Co więcej, jeżeli został sfałszowany, istnieje duże prawdopodobieństwo, że fałszerz sam go prał, żeby jego dzieło wyglądało na starsze? Czy to jest równoprawne "najnowsze badanie naukowe", które obala metodę datowania c14?

środa, 23 maja 2012

Dawkins się nawrócił!

Ostatnio wpadły mi w ręce dwa artykuły, bliźniaczo podobne, choć nie wiem kto spisywał od kogo. Jeden z serwisu TVN24, drugi z niezastąpionej Frondy. W obu dowiadujemy się szokującej nowinki. Otóż Richard Dawkins w publicznej debacie powiedział, że nie wyklucza istnienia Boga! Wojujący ateista i takie wyznanie?! W redakcji Frondy chyba odkorkowano dzisiaj szampana! W artykule pojawia się nawet stwierdzenie:

Słowa Dawkinsa to spora zmiana sposobu myślenia człowieka, który pisał w „Bogu Urojonym[...]
Tylko, że poważny problem polega na tym, że żaden z redaktorów ani Frondy ani TVN24 tej książki najprawdopodobniej nie czytał, lub nie potrafi czytać ze zrozumieniem. Oto mały fragment z "Boga Urojonego" napisanego w 2006 roku:


Uporządkujmy zatem przekonania o istnieniu Boga wzdłuż continuum, którego końce wyznaczają dwa skrajnie przeciwstawne poglądy. Oczywiście, jak przy każdym continuum, mamy w tu do czynienia z pełną stopniowalnością przekonań, niemniej jednak możemy je przedstawić za pomocą siedmiu„punktów krytycznych":
1. Silny teizm. Stuprocentowa pewność istnienia Boga. Odwołując się do słów Carla Gustawa
Junga: „Ja nie wierzę. Ja wiem".
2. Bardzo wysokie prawdopodobieństwo, ale nie absolutna pewność. De facto teista. „Nie jestem
bezgranicznie przekonany, ale głęboko wierzę w Boga, a moje życie opiera się na przekonaniu,
że On tu jest".
3. Nieco powyżej pięćdziesięciu procent. W zasadzie agnostyk, acz skłaniający się ku teizmowi.
„Nie mam pewności, ale raczej wierzę".
4. Dokładnie 50%. Pełna indyferentność. „Istnienie i nieistnienie Boga to równorzędne
możliwości".
5. Nieco poniżej pięćdziesięciu procent. W zasadzie agnostyk, ale skłaniający się ku ateizmowi.
„Nie mam pewności, ale raczej jestem sceptyczny".
6. Bardzo niskie prawdopodobieństwo (ale jednak nie pewność). De facto ateista. „Nie mam
pewności, ale istnienie Boga uważam za mało prawdopodobne i na tym założeniu opiera się
moje życie".
7. Silny ateizm. „Wiem, że nie ma Boga, z taką samą pewnością, z jaką Jung «wie», że on jest".
Byłbym zaskoczony, gdyby wielu ludzi zaliczyło się do kategorii 7., włączyłem tu ją jednak dla symetrii z kategorią 1., która jest całkiem licznie zasiedlona, gdyż natura wiary po prostu jest taka, że ludzie potrafią bezgranicznie akceptować jakieś przekonanie, nie mając ku temu żadnych racjonalnych przesłanek (Jung na przykład wierzył również, że niektóre książki z jego księgozbioru mogą spontanicznie eksplodować z głośnym hukiem). Ateiści natomiast nie żywią „wiary", choćby z tego powodu, że nie sposób wyłącznie rozumowo zdobyć pewność, że coś definitywnie nie istnieje. Dlatego właśnie kategoria 7. jest raczej pusta w przeciwieństwie do 1., która ma wielu zagorzałych zwolenników.
Osobiście zaliczyłbym się do kategorii 6. (choć blisko mi do 7.) — w kwestii Boga jestem agnostykiem wtakim samym stopniu, w jakim pozostaję agnostykiem w odniesieniu do istnienia wróżek 

Jak widać, nie jest to specjalny News. Można oczywiście polemizować z Dawkinsem, nie zgadzać się z nim, krytykować etc. Co więcej fakt jego hipotetycznego nagłego nawrócenia, nie wniósłby absolutnie nic merytorycznego do dyskusji o istnieniu, bądź nie istnieniu Boga. Ale powyższy przkład pokazuje, że niektórym dziennikarzom do krytyki poglądów jakiejś osoby nie jest specjalnie potrzebna ich znajomość. Na koniec cytat z frondy:
Oczywiście agnostycyzm jest równie irracjonalny jak ateizm, jednak przynajmniej jego wyznawcy nie starają się za wszelką cenę udowodnić, że Boga nie ma. Należy się więc cieszyć, że Dawkins zaczyna widzieć światło. Może będzie z niego kiedyś pożytek?


poniedziałek, 21 maja 2012

Syndrom obcego akcentu

Usłyszałem wczoraj od znajomego, historię, która rzekomo miała udowadniać tezę, że poprzez DNA przenoszą się także cechy nabyte przez przodków. Opowiedział historię człowieka, który po urazie głowy zaczął mówić innym językiem. Moja skromna wiedza na temat genetyki wyklucza raczej takie wyjaśnienie. Z tego co wiem, geny wpływają na fenotypy organizmu, ale zewnętrzne fenotypy nie wpływają na geny.  Słyszałem też o przypadkach Syndromu Obcego Akcentu, które dość prosto wytłumaczyć, ale żeby po wypadku mówić zupełnie obcym językiem - wydawało mi się, że ta historia to kolejna z miejskich legend.  Zacząłem to sprawdzać i rzeczywiście nie znalazłem udokumentowanych przypadków tego rodzaju. Zaliczam więc tę historię do bzdur. Tutaj krótko o Syndromie obcego akcentu:

Because of the name, many people think that Foreign Accent Syndrome means that the person suddenly develops a new language in which they are fluent, which is not the case at all. What happens is the person will still speak in the language they have always spoken but with an accent that they perhaps never had before. These people often can speak other foreign languages but they will use their “new” accent – which may seem strange to someone listening to them.

 W moim amatorskim tłumaczeniu:

Ze względu na nazwę, wielu ludzi myśli, że Syndrom Obcego Akcentu oznacza, że osoba nagle rozwija umiejętność mówienia płynnie w obcym języku, co nie jest prawdą. W rzeczywistości osoba taka będzie nadal mówiła swoim rodzimym językiem, ale z akcentem z którym prawdopodobnie nigdy nie mówiła. Takie osoby często mogą mówić obcymi językami, ale z nowym nabytym akcentem - co może się wydawać dziwne dla słuchaczy.


Szukając informacji trafiłem przy okazji na fantastyczną stronę, na którą chyba muszę zacząć zaglądać równie często co na Frondę. Oto mały cytacik:

Jak tłumaczą to lekarze? Mają wyraźny kłopot i szukają na siłę „racjonalnego rozwiązania”. Akurat przypadek Russel daje się w miarę wytłumaczyć tym, że ma ona być może rzadką neurologiczną chorobę, która atakuje ośrodek mowy w mózgu i powoduje jej zaburzenia, które często odbierane są przez innych ludzi jako obcy akcent.
Są jednak takie przypadki, kiedy osoba pod wpływem wypadku zaczyna mówić płynnie i hiperpoprawnie językiem, który… nie jest używany od dziesiątek lat, gdyż jest językiem wymarłym. Wtedy już nie sposób jest usilnie banalizować tłumacząc, że „taka osoba gdzieś tam usłyszała ten język i zapamiętała”, gdyż nie miała na to najmniejszej szansy.
Syndrom „obcego akcentu” w wydaniu ekstremalnym, czyli mówienia poprawnie w obcym języku, jest do uzyskania bez większych problemów poprzez tzw. regresję hipnotyczną. Polega ona na tym, że dowolną osobę podatną na hipnozę wprowadza się w trans, a następnie hipnotyzer wydaje polecenie, aby „cofnęła się” do poprzedniego życia i zaczęła mówić w języku, jakiego wtedy używała. Można wtedy usłyszeć przeróżne dialekty, które bardzo często są znane tylko najbardziej wtajemniczonym ekspertom z przeróżnych wydziałów wyższych uczelni, które zajmują się wymarłymi językami. Jeden z takich seansów mamy zarejestrowany na wideo, ale osoby w nim uczestniczące nie wyraziły zgody na opublikowanie tego seansu dla czytelników FN.
Niesamowite, mają w archiwum taki dowód, który zatrząsłby całym lekarskim światkiem, ale nie mogą go upublicznić. Idę o zakład, że przedstawia on sytuację identyczną jak w przypadku zielonoświątkowego "mówienia językami", które uważano za starożytną mowę przekazaną od Boga i wzmianki o tym znajdują się nawet w piśmie świętym. Jednak badania naukowe jasno obaliły taką hipotezę. Fragment z wikipedii: 

Psychologowie i lingwiści badali glosolalię. Okazało się, że teksty wypowiadane przez osobę w tym stanie na ogół nie mają sensu w żadnym znanym języku, co więcej nie tworzą zdań. Nie jest prawdopodobne, aby mogły reprezentować jakikolwiek istniejący kiedyś język, gdyż w dowolnym języku istnieją słowa, które budują jego strukturę i daje się je wyróżnić za pomocą metod statystycznych. Tymczasem słowotok glosolalii stanowi przypadkową zbitkę sylab oraz słów zapożyczonych z najróżniejszych znanych danej osobie, bądź zasłyszanych przez nią języków, które na ogół nie tworzą żadnych rozpoznawalnych struktur.
I na koniec jeszcze jeden uroczy komentarz ze strony Fundacji Nautilius, który pozostawię już bez komentarza, bo właściwie nie wiem co napisać:

naukowo tłumaczy się uszkodzeniem partii kory mózgowej a naprawdę jest to wejście kolejnej duszy w skład ciała (które następuje często podczas snu, wypadków, szoku), duszy która mówiła wcześniej innym językiem. Jest też typ zombie "nagły-savant" wtedy w ciało wchodzi dodatkowy gad, użyczając gadzich zdolności, nagle maluje, nagle mówi po chińsku, nagle cytuje książki na pamięć, nagle jest geniuszem, nagle zaczyna niszczyć wszystkich wokół , a pod koniec zostaje wypluwką.

czwartek, 17 maja 2012

Rzetelność prasy

Przy okazji obchodów święta niepodległości skrytykowano dziennikarzy za to, że Marsz Niepodległości przedstawiali jedynie przez pryzmat zadymy jaką robili kibole rzekomo nie związani z marszem. Znam sporo osób, które szły w marszu i ręczą (i nie mam powodu im nie wierzyć), że rzeczywiście na samym marszu było spokojnie a organizatorzy odcinali się od chuligaństwa. Nie zmienia jednak faktu, że większą część zadymy powodowały grupy jednoznacznie prawicowo nacjonalistyczne. Rozumiem, że w mediach pokazywano bardziej zamieszki niż spokojny przemarsz z małymi dziećmi. Jest to w istocie zafałszowanie rzeczywistości, ale charakterystyczne dla współczesnych mediów - zrozumiałe, że szuka się sensacji - nie stoi za tym żaden spisek, czy naciski polityczne, tylko czysta, zimna kalkulacja biznesowa. Prasa prawicowa natychmiast zaczęła zarzucać innym mediom nierzetelność, wybiórczość i stronniczość relacji z tego wydarzenia. W każdej niemal stacji, natomiast, próbowano znaleźć dwie równorzędne strony sporu. Znaleziono niemieckich antyfaszystów (antifę), którzy przyjechali specjalnie do Polski, żeby robić zadymę. W media poszła informacja, że pobili polskiego patriotę, który przyjechał z Londynu na marsz i bogu ducha winny trafił pobity do szpitala. Że za zadymy odpowiedzialne są po równo grupy kibiców i antifa, że schronieni w Nowym Wspaniałym Świecie Niemcy mieli przy sobie noże i kastety. Czas pokazał, że większość członków niemieckiej Antify została aresztowana przed samym marszem, że kastety i noże były wymysłem dziennikarzy (nic nie znaleziono), że większość antifowców została wypuszczona bez stawiania zarzutów. Gdzie tutaj równowaga? Hasła i metoda Antify są dla mnie nie do przyjęcia, ale rozmawiajmy o faktach... Natomiast rzetelne prawicowe media pokroju Gazety Polskiej, niezależna.pl i nawet super ekspress o wydarzeniach:

http://www.se.pl/wydarzenia/kraj/rafal-goluch-skatowali-mnie-niemcy-zamieszki-w-warszawie_214036.html

I wyborcza, która jednak wysiliła się i poświęciła 4 minuty więcej na reserch:

http://warszawa.gazeta.pl/warszawa/1,34862,10649452,_Pan_Rafal__radzi__gdzie_znalezc__zdrajcow_rasy_.html



wtorek, 15 maja 2012

Rzeczy o których się nie śniło filozofom

Taki krótki tekst, znaleziony w odmętach sieci, zainspirował mnie do tej króciutkiej notki:


Dosłownie wszędzie a już w  szczególności w popularnych serialach aż "poczerniało" od oczywistego szatańskiego zła, zła czystego w formie np. różnych przepowiedni, czarów, talizmanów, amuletów (...) Więc wyrażam ubolewanie i gorycz oraz ZDECYDOWANIE PROTESTUJĘ! Jak to jest, że Publiczna Telewizja Polska promuje okultyzm, wróżbiarstwo (uzupełnienie - moje)  i satanizm  w sposób oficjalny i nawet perfidnie prześmiewczo niby zgodny z prawem i artystycznym wyrazem (...)


Czasami mam wrażenie, że niektórzy mimo, że możemy ich spotkać, zobaczyć, przeczytać - żyją w całkowicie innej rzeczywistości. Obserwują świat, na który patrzę też ja, ale widzą zupełnie coś innego. W ich świecie diabelskie siły zalewają coraz to bardziej swoimi czarnymi mackami naszą Maryjną, świetlistą Rzeczpospolitą. Co dzień siły zła i dobra toczą bój. Tym razem diabeł osobiście pofatygował się  i odwiedził scenarzystów serialu M jak Miłość. Jego celem było ostateczne zniszczenie sił dobra poprzez pokazanie, że Hanna Mostowiak umarła, ponieważ nie wzięła ze sobą amuletu. Na szczęście w tej Sodomie i Gomorze jakimi jest dzisiejsza Polska pozostał jedyny sprawiedliwy, który wzorem Lota, walczy z nieczystością w świecie blogosfery. Trzeba być czujnym...

poniedziałek, 14 maja 2012

"Pole" cz. 3

Czytając dalej tę niezwykłą lekturę napotykam co rusz na smakowite kąski.
Bycie rewolucjonistą w nauce oznacza dziś balansowanie na granicy zawodowego samobójstwa. Wprawdzie środowisko rzekomo zachęca doświadczalnej wolności, ale cała struktura nauki, oparta na silnie konkurencyjnej metodzie grantów i połączona systemem publikacji i recenzowania, sprawia, że wiele zależy od osób akceptujących obowiązujące poglądy naukowe. Taki układ zachęca uczonych do prowadzenia doświadczeń, których celem jest przede wszystkim potwierdzenie przyjętego stanu rzeczy, ewentualnie rozwijanie metod przemysłowych, ale nie prezentowanie faktycznie nowych odkryć.
Fragment ten zawiera przypis, który odnosi nas do........... książki pod tytułem "The Memory of Water: Homeopathy and the Battle of Ideas in the New Science" (M. Schif). Właściwie nie ma chyba potrzeby na dalszy komentarz, ale co mi tam. Rozumiem, że autorka sugeruje, że granty naukowe powinny być przyznawane losowo, a nie w zależności od sensowności projektu. Udowodniono już wielokrotnie w wielu niezależnych badaniach, że homeopatia NIE działa. Ale co tam, przeznaczajmy kolejne granty na badanie cukrowych tabletek, może w końcu jakimś przypadkiem wyjdzie, że homeopatia troszeczkę działa. Do 1000 razy sztuka. Po drugie autorka sugeruje, że prace naukowe nie powinny być recenzowane, czyli od razu powinny z marszu być publikowane? nauka właśnie polega na tym, że kiedy prezentuje się badanie, cała rzesza naukowców próbuje obalić twoje tezy. Jeżeli im się nie uda, znaczy, że badanie jest poprawne i teza słuszna.

W kolejnym rozdziale znajduje się trochę informacji na temat fizyki kwantowej, nielokalności cząsteczek, punktu zerowego itp. Potem wzorem takich gwiazd New Age jak Deepak Chopra (swoją drogą w podlinkowanej debacie na samym końcu, podczas pytań od publiczności z widowni odzywa się Leonard Mlodinow - fizyk kwantowy, który napisał kilka książek wraz ze Stevenem Hawkingiem - wymiana zdań z Choprą - bezcenna) autorka wysnuwa "logiczną" konkluzję:
Niewykluczone, że to właśnie idea pola dostarcza naukowego wyjaśnienia dla wielu pojęć metafizycznych, jak chińska wiara w siłę życiową czyli ch'i, opisaną w starożytnym tekście jako coś podobnego do pola energetycznego. Przywołuje nawet na myśl staotestamentowe pierwsze zdanie Boga: "Niech się stanie światło"
Na razie tyle, nie wiem czy mam jeszcze siłę drugi raz brnąć przez ten bełkot. Może raz na jakiś czas wyłuskam jakąś perełkę. Wystarczy przejrzeć przypisy (których liczba, jak przystało na "pracę naukową" jest bardzo duża), żeby uświadomić sobie, że ta książka to niewyczerpane źródło absurdu.
.

piątek, 11 maja 2012

"Pole" cz.2

Zabawa w sprawdzanie źródeł wciągnęła mnie na tyle, że pozwolę sobie skomentować 1 rozdział tej książki w którym autorka opisuje niesamowite przeżycie astronauty Eda Mitchella, uczestnika ekspedycji Apollo 14. Rozdział zaczyna się pięknym literackim opisem, kiedy to po ciężkim dniu w trakcie powrotu wahadłowca już na ziemię Mitchell poczuł nagle jedność ze wszechświatem, uznał że wszyscy jesteśmy połączeni jakąś niewidzialną siecią. Podejrzewam, że z takim widokiem przez okno też niejedno bym poczuł, a ponieważ wiadomo, że Mitchell interesował się bardzo parapsychologią jasne jest, że swoje odczucia opisał w sposób, no cóż parapsychologiczny. To jednak nie jest istotne, jak wiemy osobiste doświadczenia nie stanowią żadnego naukowego dowodu. Pani McTaggart jednak napisała książkę, która przynajmniej wydaje się być pozycją naukową - opisuje więc eksperyment jaki Mitchell wykonał w trakcie lotu, polegał na tym, że w 4 różnych miastach miał 4 ochotników którzy mieli odebrać od niego mentalne sygnały i za pomocą kart ESP które Mitchell ułożył na pokładzie apollo, przewidzieć (bądź jak kto woli odebrać wiadomość) o ich kolejności na ziemi. Mówiąc w skrócie - telepatia. McTaggart pisze:
Jego mały eksperyment z ESP się powiódł, co sugerowało, że istniała jakaś przecząca wszelkiej logice forma komunikacji.
Po takim stwierdzeniu po prostu MUSIAŁEM sprawdzić jak wyglądał ten eksperyment, zwłaszcza, że autorka pisze, że prawdopodobieństwo, że wyniki były efektem przypadku to 1 na 3000.

Okazuje się, że na 200 prób telepaci na ziemi wytypowali poprawnie 51 -nie jest to zbytnio imponujące, ale wyższe niż przypadek, który wyniósłby 40. Mitchell mówi też, że 2 telepatów miało wyniki gorsze niż szansa, a dwóch lepsze, czyli dokładnie tak jak moglibyśmy się spodziewać po losowaniu. Co ciekawe Mitchell kilkakrotnie ze względu na swoje obowiązki opóźnił swoje typowanie o kilkadziesiąt minut, co nie przeszkadzało telepatom na ziemi odebrać od niego informacje  kilkadziesiąt minut wcześniej. McTaggart jeszcze pisze:
Ed nie zdołał wykonać wszystkich sześciu zaplanowanych eksperymentów, upłynęło też trochę czasu, nim udało się dopasować te cztery, które przeprowadził, do sześciu sesji domyślania, które zostały przeprowadzone na ziemi.
Czyli odbyło się 6 sesji a oni później musieli dopasować wyniki do czterech które się odbyły na pokładzie Apollo? Jak je dopasowywali? Pod względem tego czy pasują? Nie dziwi zatem wynik wyższy niż szansa (choć nawet bez sesji dopasowywania wynik mógłby taki być). Dziwi bardziej, że jest tak niski. Na koniec dwa ciekawe linki. jeden to fragment dłuższego tekstu na scepdic.com opisujący tę historię, a drugi to tekst znanego Jamesa Randiego, który już od wielu lat oferuje nagrodę miliona dolarów dla osoby, która w naukowo przeprowadzonym eksperymencie udowodni zdolności paranormalne, takie jak chociażby telepatia. Nie muszę mówić, że ten milion leży sobie bezpiecznie na koncie fundacji Randiego.


Lynne McTaggart "Pole"

Dostałem jakiś czas temu od mojej New Age'owej matki książkę Lynne McTaggart pt. "Pole" podytuł "W poszukiwaniu tajemniczej siły wszechświata". Mama podarowała mi ją w wyniku kilku naszych dyskusji, prawdopodobnie z intencją "no i co teraz cwaniaczku". Skoro tak hołubisz naukę, może naukowe podejście do tematu homeopatii, medycyny naturalnej i około new age'owej ideologii przekona cię że mam rację.


Książkę oczywiście przeczytałem i z przykrością muszę stwierdzić jest to wyjątkowo obrzydliwa mała książeczka. Autorka nagina fakty jak może, żeby dowieść z góry założonej tezy. Na pewno nie bez znaczenia jest fakt, że McTaggart jest współwłaścicielką wydawnictwa zajmującego się tematyką medycyny naturalnej. We wstępie do książki pisze, że początkowo sceptycznie podchodziła do niektórych teorii, ale przekonały ją liczne prace naukowe np.

Odkryłam na przykład , trochę drobnych prac na temat homeopatii. Badania randomizowane, podwójnie ślepych, z zastosowaniem metody placebo (sic!, tak jest napisane w polskim tłumaczeniu) - najlepszy standard współczesnej medycyny naukowej - pokazały, że można wziąć jakąś substancję, rozcieńczyć ją tak, że nie zostaje nawet jedna cząsteczka, podać ten roztwór pacjentowi - teraz już w postaci samej wody - a pacjent zaczyna zdrowieć.

Do tego fragmentu jest przypis, który odnosi się do samego badania. Warto zerknąć na pubmed, żeby zobaczyć, że badanie zostało wykonane 3 krotnie na bardzo małej próbie 28 pacjentów.

Czyli co wynika z badania. Mała próba, wynik niejednoznacznie pozytywny na rzecz homeopatii, ale statystycznie nie istotny. Nawet autorzy badania w krótkiej notce na pubmedzie powątpiewają w wynik zadając pytanie, czy homeopatia działa, czy może raczej badania kliniczne mają tendencję do wyników fałszywie pozytywnych.

 Tak silne wyniki badań przekonały jednak, sceptyczną do tej pory panią redaktor. Pod koniec wstępu autorka pisze zupełnie niechcący bardzo mądre zdanie:
Jeżeli działa coś takiego jak homeopatia, to staje na głowie wszystko co wiemy na temat naszej fizycznej i biologicznej rzeczywistości. Jedna z tych rzeczy musi się mylić, albo homeopatia, albo standardowa wiedza medyczna.

Więcej wkrótce.