Polub bloga na facebooku

Polub bloga na facebooku:    

sobota, 16 czerwca 2012

Bóg w którego wątpimy

Przypadkiem trafiłem w księgarni na książkę Johna Humphrys'a "Bóg w którego wątpimy" wydaną przez Państwowy Instytut Wydawniczy. Z fragmentów umieszczonych na tylnej obwolucie dowiadujemy się, że książka przeznaczona jest dla ludzi wątpiących, którzy sceptycznie patrzą na religię, ale nie mogą wyrobić sobie jasnego poglądu na temat Boga - w skrócie agnostyków. Książka nie jest bardzo porywająca, nie czyta się jej z zapartym tchem, brakuje w niej ostrości poglądów jakie można znaleźć u D'Souzy czy Hitchensa. Plasuje się dokładnie w środku całego sporu. Nie jest to na pewno materiał na bestseller i raczej nie będziemy o Humphrysie słyszeli z mediów jako o głównym przedstawicielu agresywnego "nowego agnostycyzmu", ani nie zobaczymy go na czele organizacji Agnostic Voices of Britain. 

Najpierw trzy słowa o autorze. John Humphrys jest znany przede wszystkim jako dziennikarz radiowy pracujący dla czwartego kanału radia BBC, oraz jako prowadzący teleturniej "Mastermind". Autor deklaruje się jako człowiek, który najpierw odszedł od wiary i został ateistą, ale po latach stwierdził, że ateizm nie odpowiada na wszystkie jego pytania i określił się jako osoba wątpiąca i szukająca. Na pomysł książki wpadł po realizacji cyklu audycji dla BBC Radio 4 pt. "Humphrys in search of God".

I właśnie to co najciekawsze w tej książce, to fragmenty wywiadów jakie dziennikarz przeprowadził z arcybiskupem Canterbury Rowanem Williamsem, teologiem muzułmańskim prof. Tarikiem Ramadanem i Naczelnym rabinem Wielkiej Brytanii Johnatanem Sacksem. Niestety fragmenty tych wywiadów są zdecydowanie za krótkie, a autor zrobiłby zdecydowanie lepiej, gdyby zamiast uprawiać dość tanią, autorską filozofię całą książkę poświęcił tym rozmowom (ponoć każdy z wywiadów trwał po 5 godzin, więc materiału na książkę miał aż nadto). Rozmowy są o tyle ciekawe, że pokazują podejście różnych teologii do tego samego tematu, w tym wypadku - obecności cierpienia. Pokazują też często bezradność (ale też uczciwość) niektórych duchownych w wyjaśnianiu trudnych do pogodzenia z wiarą zjawisk, ale też często teologię jakiej jestem amatorem - czyli przepełnioną tanimi, infantylnymi analogiami, kreującą abstrakcyjne wewnętrznie sprzeczne teorie. Oto jak autor opisuje swoje podejście do rozmówców:
Potraktowałem tych trzech pobożnych i uczonych mężów, tak jak gdyby byli kłamliwymi politykami, zmuszonymi do bronienia jeszcze bardziej kłamliwego rządu. Rządu który obiecywał złote góry, ale obietnicy nie dotrzymał. Rządu który wynosił jedną grupę obywateli (wierzących) ponad drugą. Rządu, który się zaklinał, że oprze swoje działania na zasadach powszechnej sprawiedliwości, natomiast dopuścił, żeby w sposób niekontrolowany szalała koszmarna niesprawiedliwość. Rządu, który obiecywał wyeliminować cierpienie, ale wygląda na to, że cierpiący guzik go obchodzą. 
Różnica między osobą duchowną a politykiem polega na tym, że polityk może powiedzieć: "Możliwe że nie jesteśmy wiele warci, ale przynajmniej jesteśmy lepsi od innych partii. Wystarczy jak porównacie nasze i ich sukcesy". Osoba duchowna, owszem, może przestrzec: "Z Bogiem będzie ci się lepiej wiodło niż bez Boga", ale nie może dla porównania powołać się na jakiś sukces. Duchowni mogą ukuć wielki, chwytliwy slogan: "Wierz w Boga, a pójdziesz do nieba!" Problem w tym, że aby to udowodnić trzeba by znaleźć kogoś kto tam poszedł. I proszę mi powiedzieć co miałem zrobić z politykiem, który powiedział mi w jednym z programów "Today": "Wiem, nie ma cienia dowodu na to co mówię, ale musi Pan mieć wiarę i mi uwierzyć" W sumie nie sądzę, żeby to było nadzwyczaj mądre.
Właściwie, w mojej opinii, wartościowa część tej książki, niestety, kończy się i zaczyna właśnie na tych wywiadach. W pozostałych częściach autor, jak przystało na prawdziwego dziennikarza, sili się na obiektywizm i pozwala przekonywać się zarówno ateistom jak i teistom, sumuje ich argumenty i mówi, które go przekonują a które nie. Właściwie o tym jest cała ta książka. Na domiar złego nie są to specjalnie wyszukane przemyślenia. W skrócie: w jednym momencie szala przechyla się w stronę ateizmu, ponieważ na świecie jest tyle cierpienia, dzieci głodują i ludzie giną w trzęsieniach ziemi, za chwilę przechyla w stronę teizmu, ponieważ tyle dobrych ludzi wierzy w Boga i im to pomaga, bo wszyscy mamy wewnętrzny głos jakim jest sumienie, bo Irena Sandlerowa uratowała  tyle żydowskich dzieci itd... Oczywiście drwię, ale de facto do tego sprowadzają się przemyślenia autora. Dla przykładu Humphrys o głosie sumienia:
Obie strony (wierzący i ateiści) uznają  obecność tamtego, cichego, spokojnego głosu. Ale dla wierzących pochodzi on od Boga, a dla ateistów jest głosem rozumu. Jeśli chodzi o mnie, trudno mi zrozumieć coś takiego jak sumienie bez istnienia jakiejś wyższej, zewnętrznej mocy. Tę wyższą moc można nazwać Bogiem czy Brahmą, czy Allahem, czy - jak to czynił Sokrates - swoją osobistą wyrocznią. Natomiast nie można jej odrzucić. Ona istnieje i przynależy wyłącznie do rodzaju ludzkiego. Bo tylko człowieka można nazwać dobrym albo złym. Zwierzętom - zwłaszcza naczelnym - możemy przypisywać dowolne cechy ludzkie, ale one w końcu one są tym, czym są - zwierzętami. [...] Szympansy, zważywszy na to, ile ich DNA ma wspólnego z naszym DNA, być może są naszymi najblizszymi krewniakami, ale mimo to wciąż są szympansami i od czasu do czasu zabijają i zjadają się nawzajem. To normalne zachowanie szympansów - ani dobre, ani złe, po prostu normalne. 
Nie będę analizował tego fragmentu, autor sam podkłada sobie kłody pod nogi i się o nie potyka. Tego rodzaju złotych myśli w książce jest, niestety, na pęczki.

Redakcyjnie książka też kuleje, autor wielokrotnie cytuje nie podając źródeł, myli się w nazwiskach, np. pisząc o Samie Harrisie - pisze Sam Smith (polski tłumacz wspaniałomyślnie poprawił gafę autora). Krytykuje powyższego za szukanie nieistniejących korelacji (w książeczce List do Chrześcijańskiego Narodu) w statystyce pokazującej że w krajach bardziej świeckich obserwuje się mniej przestępstw, a główne przestępstwa popełniają tam religijni muzułmanie. Humhrys krytykuje Harrisa za to, że ten udowadnia tezę, iż ludzie niereligijni są bardziej moralni od religijnych, posiłkując się statystyką, w której nie można tak prosto doszukiwać się korelacji, bo jest dużo więcej zmiennych - gospodarka, porządek prawny etc. Miałby rację tylko, że Harris robi zupełnie odwrotnie. Odpowiada na argument, że ludzie niewierzący w Boga są niemoralni - pokazując, że nie ma korelacji pomiędzy niereligijnością a zwiększoną przestępczością, a jeżeli już się jakiejś doszukiwać to tylko i wyłącznie odwrotnej.

Autor krytykuje "nowych ateistów" za agresywny język i przekonanie, że wierzący to ludzie niezbyt inteligentni. Jeśli w Wielkiej Brytanii rzeczywiście ludzie wierzący są uciskaną mniejszością, wyszydzaną przez ogromną większość niewierzących - to może naturalną postawą jest stanąć w obronie słabszych i uciskanych. Niewierzący mają jednak prawo uznawać, że ludzie wierzący wpadają w pułapkę ślepej wiary, której nie da się pogodzić z rozumem, tak samo jak wierzący mogą nazywać ateistów "tymi, którzy nie odnaleźli jeszcze Boga". Na jedno wychodzi, a książki w ostatecznym rozrachunku nie polecam. Lepiej wydać te 30zł na dobry obiad, który najprawdopodobniej przyniesie lepsze rezultaty w zbliżaniu nas do Absolutu niż lektura tej książki.

piątek, 15 czerwca 2012

Krzysztof Jackowski vs Jeż Jurek

Najsłynniejszy polski jasnowidz Krzysztof Jackowski pozazdrościł chyba sławy Jeżowi Jurkowi i innym zwierzakom, które typują wyniki rozgrywek na euro 2012 i na łamach Super Expressu używając swoich sił mentalnych przewidział wyniki meczów polskiej reprezentacji. Tym samym zupełnie niechcący zgodził się na małe badanie - co prawda, niekontrolowane, na małej próbie, ale zawsze badanie. Myślę, że Sopockie towarzystwo Naukowe, które zaprosiło Jackowskiego do kontrolowanego eksperymentu, będzie musiało poważnie prześledzić rozgrywki Polaków, zrobić stosowne tabelki i wyciągnąć wnioski.
Jakie wnioski? Takie, że 2 z 3 meczy, których wyniki przepowiadał nasz słynny jasnowidz skończyły się remisem, mimo że jeden mieliśmy wygrać a drugi przegrać. Jeżeli przegramy z Czechami sportowe predykcje Jackowskiego będą miały 0% skuteczności. Mimo, że specjalnie się Euro nie ekscytuję to chyba mecz Polska - Czechy obejrzę, ale kibicował będę Czechom, a raczej przeciwko Jackowskiemu.

Update:
No niestety Pan Krzysztof w naszym małym eksperymencie wypadł nawet gorzej niż przypadek. A o to już na prawdę ciężko. Rzeczywistość - Jackowski 3:0

środa, 13 czerwca 2012

To wspaniałe chrześciaństwo

Tym razem na tapetę chciałem wziąć książkę Dinesha D'Souzy "To wspaniałe Chrześcijaństwo". Przeczytałem ją prawdopodobnie ze względu na moje zamiłowanie do samookaleczenia intelektualnego i zdrowego sadomasochizmu, poza tym jak można przejść obojętnie obok haseł wypisanych na okładce:
 Bestseller gorszący wyznawców niewiary
 Znakomita rozprawa z mitami ateizmu
 Nieskończenie bardziej wyszukana od rozpraw wyprodukowanych przez Richarda Dawkinsa, Sama Harrisa czy Christophera Hitchensa, książka D'Souzy wyprzedza dzieła ateistów o kilka długości.

Na domiar złego Christopher Hitchens, którego zawsze bardzo ceniłem, powiedział kiedyś, że D'Souza jest jednym z bardziej oczytanych i inteligentnych adwersarzy z którymi musiał debatować - czym niechcący zrobił mu taką reklamę, że już na prawdę musiałem przeczytać jego książkę.

Jako, że w większej mierze, z książką się nie zgadzam, zacznę od rzeczy dobrych. Przede wszystkim sensowne wydają się rozdziały, w których D'Souza pisze trochę o historycznym aspekcie chrześcijaństwa. O nadużyciach ze strony ateistów w kwestii liczb zabitych jakie przypisuje się Inkwizycji, o naciąganiu faktów przy interpretacji sprawy Galileusza, o tym, że kościół był przez pewien czas jedynym dysponentem wiedzy naukowej i tak na prawdę dużą rzeszę odkryć wspierał chociażby finansowo. Że Kopernik był kanonikiem, że Newton był wierzący itd. To wszystko prawda i warto przeczytać tę książkę chociażby dla tych rozdziałów. W istocie naciąganie tych faktów przez ateistów jest rzeczą powszechną. Osoby, które cenią sobie prawdę i fakty powinny krytycznym okiem spojrzeć na rysy historyczne zawarte w takich takich książkach jak "Religia i Nauka" Russella, "Traktat Ateologiczny" Onfraya czy fragmenty wyżej wymienionego "Boga Urojonego". To na pewno wartościowa część książki D'Souzy.
D'Souza również sensownie argumentuje, udowadniając że na chrześcijańskim podłożu wykwitły takie cenione obecnie wartości jak wolność słowa, równouprawnienie itd. Rzeczywiście ciężko z tym polemizować, ponieważ we wszystkich innych cywilizacjach opartych na Islamie, czy np. Hinduizmie w tej kwestii poszło nieco słabiej (system kastowy w Indiach, absolutny patriarchalizm w krajach muzułmańskich). Z tym się mogę zgodzić i jak się okazuje nawet niektórzy wyklinani przez D'Souze "nowi ateiści" również.

Cała reszta książki niestety jest już nieco słabsza. Kiedy D'Souza odchodzi od historii chrześcijaństwa i wchodzi na obszar nauki, niespecjalnie różni się ze swoimi argumentami od pozostałych apologetów pokroju Williama Lane Craiga. Bez problemu możemy mu zarzucić podwójne standardy, dopasowywanie biblii do własnej tezy (bez problemu możemy przeprowadzić eksperyment i znaleźć odpowiednie cytaty w Biblii uprawomocniające Komunizm, Faszyzm, niewolnictwo, stanowisko zwolenników kary śmierci, stanowisko przeciwników kary śmierci itd). D'Souza stosuje klasyczną argumentację z dowodu negatywnego, sugeruje, że naukowcy nie znają wszystkich odpowiedzi (a niby dlaczego on zna?) Dla przykładu podaje argument, że biblijny opis powstania świata idealnie pokrywa się z tym co obecnie naukowcy mówią o wielkim wybuchu. Argumentacja taka często przypomina wręcz argumenty zwolenników Kodu Biblli.  Płynnie też przepływa między pojęciami boga w sensie deistycznym, a pojęciem Boga w sensie teistycznym, w argumentacji wybiera sobie akurat takiego boga jaki pasuje mu do tezy, choć często sensowny argument o bogu deistycznym, absolutnie nie może być odniesiony do Boga chrześcijan.

Największym zarzutem książki jest jednak jej małostkowość, D'Souza jest tak pewny siebie i arogancki (próbkę tego można zobaczyć chociażby tutaj), pozbawiony wątpliwości, co do swoich hipotez, że na prawdę ciężko się to czyta. Taki sam zarzut miałem do jego poprzedniej książki "Listy do młodego konserwatysty", która ociekała jadem w sposób tak widoczny, że aż była niezdatna do czytania. (Mimo, że z częścią postulatów republikańskich w zupełności się zgadzam, to po lekturze miałem ochotę, na złość autorowi, rzucić to w diabły, zaprenumerować 'Krytykę Polityczną' i postulować nacjonalizację gospodarki). Oczywiście jestem świadom, że podobne zarzuty można mieć chociażby do "Boga Urojonego', ale Dawkinsa jednak stać czasem na "nie wiem", choćby to miała być fałszywa skromność. D'Souza wie.

wtorek, 12 czerwca 2012

Lekarze, naukowcy, szarlatani

Jakoś ominął mnie fakt, że w zeszłym roku nakładem wydawnictwa septem ukazało się polskie tłumaczenie książki Bena Goldacre'a "Bad Science" pod nieznośnie długim tytułem "Lekarze, naukowcy, szarlatani - od przerażonego pacjenta do świadomego konsumenta" Poza tytułem, polskie wydanie grzeszy jeszcze przede wszystkim okładką, którą przy pierwszym kontakcie miałem ochotę oblać benzyną i podpalić. Kiedy jednak przebrniemy przez pierwszą warstwę tektury, zawierające wszystkie te graficzno-językowe potworki, na pewno się nie zawiedziemy. Książkę tę zdecydowanie polecam każdemu, najlepiej kupić od razu kilka egzemplarzy, żeby móc rozdawać znajomym. Telewizja publiczna powinna dawać ją w zamian za abonament i zaliczyłbym im działalność misyjną na 5tkę...

Autor jest lekarzem, ale znany jest przede wszystkim ze swoich artykułów Guardianie i bloga Bad Science. W książce opisuje i poddaje krytyce takie zjawiska jak homeopatia, terapie detoksykacyjne, kinezjologia, ruchy antyszczepionkowe, wszelkiej maści diety, mity o antyoksydantach i wiele wiele innych. Czytelnik dowiaduje się też nieco o metodologii naukowej, czym jest EBM (Evidence Based Medicine) czyli medycyna oparta na dowodach - na czym polega efekt placebo, jak wyglądają podwójnie ślepe próby, jak wygląda proces wprowadzenia nowych leków na rynek i jak analizować dane statystyczne. Krytykuje też zarówno media, które przyczyniają się do szerzenia nieprawdziwych informacji (jak afera ze szczepionką MMR w UK), za to, że nie poczuwają się do najmniejszej odpowiedzialności za to o czym piszą, jak i wielkie koncerny farmaceutyczne za przekłamywanie wyników badań, celowe błędy w metodologii i zwykłą nieuczciwość wynikającą z czystej chęci zysku.

Wreszcie rykoszetem dostaje się tutaj konkretnym osobom, takim jak Gilian McKeith - popularna dietetyczka, prezenterka programu nadawanego przez Channel 4 "You Are What You Eat" która uważana jest na Wyspach za autorytet w kwestiach żywienia. Prof. Patric Holford - kolejny specjalista od żywienia, który uważa że Witamina C jest dużo lepsza w leczeniu HIV niż AZT (Azydotymidyna) i zaleca używanie suplementów diety (które sam sprzedaje) i wielu innym.

Lektura jest bardzo lekka i przyjemna, książkę przeczytałem w 2 wieczory i właściwie nie mogłem się od niej oderwać. Niesie też ogromną wartość edukacyjną, ponieważ uczy samodzielnego myślenia. Bardzo gorąco polecam. Pozycja obowiązkowa!

niedziela, 10 czerwca 2012

Solidna dawka teologii

Jako wielki zwolennik nauki zwanej teologią, chciałem przybliżać co jakiś czas czytelnikom tego bloga, co ciekawsze i bardziej wartościowe odkrycia tej wspaniałej dziedziny. W dniu dzisiejszym chciałem przedstawić Państwu kilka niezwykle ważnych i odkrywczych myśli jakie wydała ta nauka w ciągu ostatnich miesięcy. Warto zaznaczyć, że jest to gałąź wiedzy, która rozwija się niezwykle prężnie i wydaje dużo więcej potrzebnych i wartościowych owoców niż medycyna, fizyka, chemia, czy nawet psychologia.

Teologia Sportowa
Zacznę od rodzimego podwórka, a ponieważ właśnie odbywają się mistrzostwa europy w piłce nożnej i temat ten nie schodzi z nagłówków gazet, nie może zabraknąć tutaj teologicznych doniesień związanych z tym sportem. Znany polski teolog kardynał Stanisław Dziwisz po wieloletnich badaniach ogłosił wyniki swoich eksperymentów. Jako wybitny naukowiec, ale zarazem propagator nauki potrafił przybliżyć swoje odkrycie w prosty i przejrzysty sposób (dla nieobytych z procedurami i nomenklaturą teologicznych laboratoriów zwykłych śmiertelników) - na przykładzie ostatniego meczu Polski z Grecją. Kardynał Dziwisz analizował korelacje pomiędzy wynikami wydarzeń sportowych, a wstawiennictwem nieżyjących papieży. Eksperyment wyglądał następująco:

Badanych podzielono na dwie grupy:
Grupa badana - 11 zawodników z polskiej drużyny
Grupa kontrolna - 11 zawodników z greckiej drużyny

Nad badaną grupą Dziwisz roztoczył moc wstawienniczą nieżyjącego Jana Pawła II, za pomocą wykonanej osobiście gorącej modlitwy.
Grupa kontrolna pozbawiona była wstawiennictwa jakiegokolwiek z nieżyjących polskich papieży.

Po zebraniu danych i przeprowadzeniu eksperymentu który zakończył się remisem 1:1, dzięki teologicznej metodologii, Dziwisz mógł śmiało powiedzieć, że wykrył istotną korelację. Wstawiennictwo papieskie zdecydowanie przyczyniło się do sukcesu Polaków.
Pełną relację z badania opublikowano w cenionym periodyku naukowym jakim jest dodatek sportowy do internetowego wydania dziennik.pl.

Źródło homoseksualizmu.
Znany i ceniony w środowisku naukowym Szyicki teolog Yaser Habib, po wieloletnich badaniach ogłosił ostatnio w prestiżowym naukowym programie memri.tv swoje najnowsze odkrycia. Okazuje się, że spór o to czy homoseksualizm jest cechą wrodzoną czy nabytą możemy definitywnie zamknąć. Habib dzięki czasochłonnym, ale też  bardzo dokładnie i precyzyjnie zaplanowanym badaniom odkrył, że jeżeli ktoś nie rodzi się Szyitą, to dzięki procedurze penetracji odbytu za pomocą palca, jaką Szatan dokonuje podczas porodu, w człowieku rodzą się skłonności homoseksualne. W swoich badaniach Habib oparł się na wcześniej znanym teologicznym odkryciu jakim jest choroba wynikająca z penetracji odbytu. jeżeli państwo nie słyszeli o tym naukowym doniesieniu, powiem tylko w skrócie, że sperma znajdująca się w odbycie powoduje powstanie tam robaka, który już do końca życia wierci się w człowieku. Nie znaleziono na tę jednostkę chorobową żadnego lekarstwa, wiemy jednak, że ulgę w cierpieniu przynoszą tylko kolejne penetracje. Co ciekawe zupełnie przypadkiem naukowcy kierujący badaniem pod przewodnictwem Yasera Habiba, odkryli, że damskim odpowiednikiem tej przypadłości jest prostytucja, która także jak się okazuje jest dziedziczna. Zainteresowanych odsyłam do źródła.

Na koniec żeby rozładować trochę atmosferę coś lżejszego. Przezabawna historia znanego muzułmańskiego teologa, która pokazuje, że teologia to nie tylko żmudne badania i ortodoksyjna wręcz metodologia. Teologia może być też czasami powodem do śmiechu.

piątek, 8 czerwca 2012

Zakazana Psychologia Tom 1

Właśnie skończyłem czytać książkę Tomasza Witkowskiego pt "Zakazana psychologia - tom 1". Książka ważna i potrzebna, pokazująca, że pseudonauka to nie tylko okraszone nomenklaturą fizyki kwantowej brednie Deepaka Chopry, popularność wróżbity Macieja, czy powszechne uznanie dla rutinoscorbinu. Witkowski pokazuje, że pseudonauka przedziera się także przez mury uniwersytetów, zwłaszcza na wydziałach psychologii. Z 12 najlepszych polskich uczelni, na których można studiować psychologię, osiem zawiera w programie pseudonaukowe teorie takie jak NLP, ustawienia Hellingerowskie, czy Kinezjologia. Za pomocą prowokacji pokazuje jak łatwo treściom pseudonaukowym dostać się do popularnonaukowego obiegu w takich poczytnych pismach o psychologii jak "Charaktery". Wreszcie pisze o grzechach nauki i o niedoskonałości systemu naukowego. Nie piszę tego jednak z perspektywy osoby, która odrzuca naukę i szuka innej "alternatywnej" drogi. Pisze z perspektywy osoby, która metodę naukową uważa za najlepszą i tylko szuka metod jej ulepszenia.


Książkę czyta się bardzo dobrze, jest ciekawa, bogata w przypisy. Niestety jest nieco za długa, pewne informacje się powtarzają (łącznie z tym, że znalazłem dokładnie ten sam fragment tekstu w dwóch miejscach książki), czasami zbyt małostkowa w przypadku roztrząsania sporu z redakcją "Charakterów" - wystarczyło zainteresowanych odesłać do bloga, a w książce pominąć konflikt i zająć się nieco bardziej merytoryczną stroną tego tematu. (Niemniej jednak prowokację popieram!) Tak czy inaczej książkę polecam i czekam na tom 2 i 3.

Całun Turyński cz.2

W pierwszej części pisałem głównie o kontrowersjach w sprawie datowania całunu, tutaj chciałem napisać o wszelkich innych dowodach (wątpliwej jakości) jego autentyczności, na jakie natrafiłem przeglądając publikacje książkowe. Na moje szczęście (lub nieszczęście) przypadkiem trafiłem na bardzo ciekawy tekst Aleksandra Głowackiego, który właściwie wyczerpuje temat. Ponieważ tekst jest rzetelny i jest po polsku, nie będę rozpisywał się tutaj na te same tematy tylko oddam palmę pierwszeństwa i odsyłam do oryginału.

Niewątpliwie najbardziej przekonywujące i co by nie mówić najprostsze argumenty to moim zdaniem argumenty natury estetycznej. Wizerunek na całunie posiada większość cech charakterystycznych dla sztuki gotyckiej. Nieanatomiczny wygląd postaci powinien właściwie zamknąć temat autentyczności całunu. Niestety cechą charakterystyczną niemal wszystkich syndrologów jest dopasowywanie faktów do tezy, a nie tworzenie tezy na podstawie faktów.  Nawet zakładając, że większość argumentów przytaczanych przez nich jest niepodważalna (zróbmy tak dla dobra dyskusji), to co jest bardziej prawdopodobne - to że pyłki kwiatowe mogły być naniesione przez pielgrzymów, krew upuścił sobie fałszerz, że znalazł kawałek lnu z 1 wieku, że specjalnie kupił od handlarzy oryginalne 1 wieczne monety? Czy że całun powstał w 1 wieku poprzez naświetlenie wydobywającym się z organów wewnętrznych światłem UV powstającego z martwych zdeformowanego fizycznie człowieka?

Zobaczmy metodę rozumowania syndrologów i zastanówmy się dlaczego są nienaukowe:

Datowanie radiowęglowe wykonane z różnych próbek w 3 niezależnych laboratoriach wykazało, że całun powstał w średniowieczu - wniosek syndrologów, próbki były zanieczyszczone, przeszkodziły grzyby, próbki pobrano z łaty. Przecież wiemy, że powstał w 1 wieku. Skoro badania pokazują inaczej - do diabła z badaniami.

Za pomocą datowania określonego na podstawie braku waniliny na niektórych częściach całunu syndrolodzy określają, że powstał on pomiędzy 1000r p.n.e a 700 rokiem n.e - wniosek całun powstał w 1 wieku poprzez naświetlenie tkaniny światłem UV przez powstającego ze zmarłych człowieka. Ale moment przecież jest równie prawdopodobne, że powstał w 2 wieku, w 3 wieku...

Na całunie nie znaleziono metodami sądowymi, żadnej krwi, syndrolodzy jednak przekonani o autentyczności całunu szukają dalej i znajdują niektóre składniki krwi takie jak żelazo, czy proteiny. Wniosek - na całunie jest ludzka krew - najprawdopodobniej krew Chrystusa. Nieistotne jest, że są to składniki popularnych w średniowieczu pigmentów malarskich, nieistotne, że nawet jeśli znaleźli by w istocie prawdziwą krew, nie mieliby żadnej pewności, że krew nie jest krwią fałszerza. W niemal każdej publikacji o boskim pochodzeniu całunu pojawia się argument krwi, mimo że jest chybiony z założenia.

Włoscy naukowcy prowadzą 5 letnie badania, dzięki którym wiemy, że żeby uzyskać za pomocą wiązki światła efekt taki sam jak na całunie, potrzeba lasera ultrafioletowego, który (jak zaznaczono w większości  publikacji na ten temat) nie był dostępny w średniowieczu - wniosek - zdeformowany człowiek powstaje ze zmarłych jego organy świecą laserem UV w 1 wieku w Palestynie. Dlaczego poświęcono 5 lat na badania jaką wiązką ŚWIATŁA można osiągnąć taki efekt? Czy to nie jest zaprzeczenie idei brzytwy Ockhama?

Już nie mam siły dalej pisać o absurdach tej dziedziny "nauki". Temat całunu Turyńskiego zapewne nigdy nie ucichnie, szum medialny służy podtrzymywaniu wrażenia, że autentyczność całunu to rzecz kontrowersyjna. Mimo, że ludzie wierzący zarzekają się, że dowody nie są im do wiary potrzebne, to temat całunu powraca w dyskusjach jak bumerang. Czekam tylko na następną taką dyskusję...