Polub bloga na facebooku

Polub bloga na facebooku:    

piątek, 1 listopada 2013

Doniesienia z Frondy

Ostatnio trafiłem na takie cudeńko:


Frondę na fejsbuku linkuje szybko Uważam Rze. Oczywiście to nie pierwszy i nie ostatni raz kiedy Fronda nie sprawdza źródeł tylko przepisuje bez sensu. I to z błędami. Po pierwsze DSM 5 nie wydaje Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne tylko Psychiatryczne, po drugie, jeśli zajrzymy na stronę DSM 5 w zmianach w stosunku do DSM 4 możemy znaleźć:
This change in viewpoint is reflected in the diagnostic criteria sets by the addition of the word disorder to all the paraphilias. Thus, for example, DSM-IV pedophilia has become DSM-5 pedophilic disorder.
Czyli oczywiście jak zwykle ból dupy o nic. Zauważają to różne portale psychologiczne i nawet religijne.

Ale za Frondlami pani psycholog Bogna Białecka z Polonia Christiana zauważa:
Póki łatka pedofila jest przydatna do stygmatyzowania kapłanów katolickich nie będziemy mieć zdecydowanych ruchów prawnych w zakresie legalizacji pedofilii.
Wniosek? Kościół katolicki, ukrywając ekscesy pedofilskie, tak na prawdę broni naszą cywilizację i jej fundamenty przed upadkiem!

Make sense!

sobota, 7 września 2013

Szlachetne interesy Rosji

Krótka hejtnotka. W Gazecie Wyborczej na stronie poświęconej konfliktowi w Syrii znajduję taki oto tekst (przepraszam za piractwo, ale wydanie papierowe żyje jeden dzień, więc czuję się usprawiedliwiony przedłużając jego żywot):


Ufffff, czyli Rosja nie jest przeciwna interwencji z jakichś tam pustych powodów ekonomicznych, nie chodzi tu o kasę tylko o zasady i wysokie ideały. Jeżeli Putin w przyszłości zechce zagazować część swoich obywateli, to wyszedłby na hipokrytę gdyby teraz był zwolennikiem interwencji w imię obrony praw człowieka. Nie, hipokryzja to na Kremlu największa potwarz. Co tam śmierć i cierpienie cywili kiedy na szali postawiona jest "suwerenność państwowa".

sobota, 3 sierpnia 2013

60% księży profesora Baniaka

Trochę czasu już minęło od publikacji artykułu o którym dzisiaj chcę pisać. Może dobrze - emocje trochę ucichły, pojawiło się trochę więcej danych, można napisać o tym racjonalną notkę. Artykuł rok temu wywołał gigantyczną burzę. Mowa o wywiadzie z prof. Józefem Baniakiem który wydrukowany został w Newsweeku i stał się tematem numeru. Po publikacji z tygodnika odszedł Szymon Hołownia.Temat podjęła za Newsweekiem gazeta wyborcza, a Tomasz Terlikowski, mocniej niż zwykle ciskał numerem Newsweeka o ścianę. Problem polega na tym, że Terlikowski twierdzi że te dane są wyssane z palca, a Hołownia odwołuje się do danych anegdotycznych:
"Celibat to fikcja"? U większości księży, których znam to się nie zgadza, żyją w celibacie i on naprawdę im służy. "Kościół toleruje podwójne życie księży"? Na każdy jeden taki przypadek dam dziesięć gdy nie toleruje.
A my przecież rozmawiamy tutaj o danych naukowych, o wynikach naukowca, więc już po upływie czasu i spadku emocji może przeanalizujemy na serio, skąd te dane na ile są prawdziwe i jaka użyta była metodologia. Ot tak dla sportu, może trzeba zobaczyć kto tutaj miał rację.

Autorem badania jest prof. Józef Baniak socjolog religii z Poznańskiego Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza, w tekście zamieszczonym w Newsweeku czytamy:
Prawie 60 proc. polskich księży utrzymuje kontakty seksualne z kobietami, a około 10-15 proc. ma dzieci ze swoimi partnerkami - twierdzi prof. Józef Baniak z poznańskiego Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza. [...] Jeszcze kilka lat temu prof. Baniak szacował, że około 10-15 proc. księży, którzy są w związkach z kobietami, ma też z nimi dzieci. Dzisiaj mówi, że trzeba te szacunki traktować jako zaniżone. Nie ma jednak twardych danych, bo dopiero opracowuje najnowsze statystyki.
Lampka alarmowa powinna się zapalić kiedy czytamy, że naukowiec stwierdza jakiś fakt mimo, że nie ma jeszcze twardych danych.

W późniejszym wywiadzie z profesorem Baniakiem na portalu natemat możemy przeczytać:
To zjawisko badam od 25 lat. W latach 80. i 90. przebadałem 300 byłych księży. Na przełomie lat 90. przebadałem 800 księży, którzy wciąż pełnili posługę kapłańską. 60 proc. z przebadanych przeze mnie duchownych jest lub była w związku z kobietami. Te badania wciąż nie są zakończone, ciągle ja aktualizuję, powiem nawet, że są już nieco nieaktualne, bo to zjawisko wciąż się nasila.
Przepadał 300 byłych księży i 800 księży czynnych i wykrył, że 60 proc z nich ma lub miało kontakty z kobietami. Łatwo się domyśleć, że byli duchowni w większości mieli a tym bardziej mają kontakty z kobietami. Skąd jednak ta proporcja? Sprawdźmy. Wychodzi na to, że w badaniu przeprowadzonym przez baniaka ponad 27 proc stanowią byli księża. Jak to się ma do ogólnej grupy badanej czyli całego duchowieństwa? Ciężko o te dane i kiedy szukam ich i tak odbijam się od badań prof. Baniaka, który twierdzi, że nieoficjalnie nawet połowa kapłanów odchodzi do "cywila", no ale prof. nie może być sędzią we własnej sprawie. Tutaj możemy przeczytać, że szacuje się, że około 22% księży rezygnuje z kapłaństwa. Faktem jest jednak, że nie ma dostępu do oficjalnych statystyk i ta liczba może być zaniżona.

Do tego pomieszania byłych księży z czynnymi wątpliwości ma też Szymon Hołownia (choć autorytetem naukowym nie jest, to zapytał "znajomych socjologów") i Terlikowski (jw. on nawet nie pytał).

Problem okazuje się w ogóle jednak nieistotny. Zaglądając do samego badania na stronie 233 możemy zobaczyć, że eksksięża i obecni księża traktowani są osobno:


Jeżeli chodzi o obie grupy autor badania pisze tak:
Analiza ta ma u swych podstaw szerokie i wieloletnie badania socjologiczne, jedyne w kraju, zrealizowane wśród dwóch określonych grup księży rzymskokatolickich: a) wśród księży parafialnych i zakonnych, którzy przeżyli ostry kryzys swej tożsamości kapłańskiej, a później zrezygnowali z kapłaństwa i powrócili do życia świeckiego w małżeństwie i rodzinie; b) wśród księży parafialnych i zakonnych, którzy albo przeżyli kryzys swego kapłaństwa i powołania, lecz nie  odeszli z ,,zawodu” kapłańskiego i pozostali mężczyznami–duchownymi, albo też kryzysu takiego nie przeżyli i ciągle funkcjonowali (do momentu badań) bez przeszkód w kapłaństwie w parafiach i w zakonach, interesując się jednak tym problemem w różnym stopniu. [...] Z kolei w drugich badaniach kontakt nawiązałem z 800 księżmi pracującymi w Polsce w parafiach i w zakonach, lecz uczestniczyło w nich 744 księży, czyli 93% próby kontaktowej, zaś pozostali księża nie zechcieli uczestniczyć w nich z różnych powodów.
Czyli druga grupa (b), o której mówimy zawiera księży i takich, którzy przechodzą/przechodzili kryzys i takich, którym kryzys jest obcy, nie wiemy jednak jak dobierana została ta grupa i na ile odzwierciedla to pełny obraz duchowieństwa. Tego niestety nie dowiadujemy się z wyżej podlinkowanej publikacji. I wydaje mi się, że jest to główny zarzut do wiarygodności tej pracy.

O randomizacji badanych prof. Baniak pisze tak (wywiad z natemat):
Zastosowałem wywiad standardowy i pogłębiony oraz ankiety internetowe. Większość duchownych przebadałem za pomocą kwestionariuszy, inni się do mnie zgłaszali lub sam do nich jeździłem. [...] Księży do badania dobierałem w większości losowo, jeśli chodzi o ankiety. Ci, którzy się zgłosili, też w jakiś sposób byli "losowi", bo ja ich o to nie prosiłem. 
Ja tutaj osobiście widzę duży problem. Prof Baniak od lat prowadzi badania na temat celibatu księży, jest z tego znany. Jeżeli uważa, że księża którzy się do niego zgłaszają, są "losowi" to jest to poważna wada metodologiczna, która na pewno poważnie wpływa na zawyżenie ostatecznego wyniku. W rozmowie o metodologii profesor jest jednak dużo bardziej oszczędny niż w Newsweeku, nie piszę o 60% polskich księży tylko pisze już:
 Oczywiście liczę się z błędem statystycznym oraz społecznym. To wskaźniki procentowe odnoszące się do przebadanych przeze mnie osób. Nie muszą odnosić się do całej populacji. Ale dają solidne podstawy by uświadomić sobie skalę zjawiska.
Jakie więc możemy wyciągnąć wnioski po ponad roku od publikacji.

- Po pierwsze: lubimy dyskutować o badaniach których nikt nie czyta.

- Po drugie: badanie prof. Baniaka wymaga jeszcze dokładnego uściślenia jak dobierana była grupa badawcza, z wypowiedzi na łamach prasy możemy mieć co do tego poważne wątpliwości, ale nie możemy wyciągać wyrwanych z kontekstu wypowiedzi z gazety i za ich pomocą krytykować badania. Profesor Józef Baniak, powinien i byłoby to w dobrym smaku, skomentować ten drażliwy wątek. Niestety nie odpowiedział na moją mailową prośbę, a także nie udało mi się znaleźć w internecie, żadnego szczegółowego opisu na ten temat.

- Po trzecie: opieranie stwierdzenia w popularnym tygodniku na podstawie badań jednej osoby, które nie były zweryfikowane przez nikogo i nie ma pełnej wiedzy o ich metodologii jest poważnym nadużyciem. Do tego pokusa dobrego headline'u jest dużo silniejsza niż uczciwość dziennikarska. Stąd potem takie kwiatki:


- Po czwarte: mimo krytycznych głosów nawet biorąc pod uwagę pewne nieścisłości metodologiczne i nawet dzieląc wyniki prof. Baniaka na pół. Widzimy, że skala zjawiska jest ogromna i oburzenie jakie wywołał artykuł, ostentacyjne odejścia i ciskanie tygodnikiem o ścianę powinny być zastąpione rzetelną dyskusją. Rozmawiamy w końcu o nauce, a w nauce liczą się konkrety a nie emocje.

środa, 24 lipca 2013

Marcin Rotkiewicz vs the World

Po niedawnej publikacji Marcina Rotkiewicza pt. "Ekościema" zamieszczonego w tygodniku Polityka (nr 29 2916) (tutaj link do elektronicznej wersji artykułu, niestety za paywallem), jak można było przypuszczać wylała się fala krytyki, najczęściej personalnej. Pojawiły się też nieliczne merytoryczne zarzuty i polemika z autorem. Wszystko to rozrzucone po internecie i trudne do ogarnięcia, jednak bardzo ciekawe z wielu względów. Warto zwrócić uwagę na religijny charakter przeciwników tego tekstu. Właściwie ciężko znaleźć merytoryczne komentarze, najczęściej są to po prostu ataki ad personam połączone ze spiskową teorią dziejów. Oto parę przykładów:




Oczywiście w internetach pisze się wszystko, ale to dobra próbka przeciwników artykułu Rotkiewicza. (jakby ktoś chciał więcej i mocniej to zapraszam tutaj) Nie mam zamiaru, polemizować tutaj z oponentami, wielu mądrzejszych i sam zainteresowany robi to dużo lepiej ode mnie. Chciałem po prostu pozbierać do kupy całą tę dyskusję, żeby nie zginęła za miesiąc w odmętach sieci. Siłą rzeczy będę też ten wątek aktualizował co jakiś czas o nowe głosy w sprawie. Ot taka mała kronika sporu. Będę wdzięczny za pomoc w jej uzupełnianiu.

Tuż po publikacji oprócz lawiny komentarzy w stylu powyższych, pojawiły się pierwsze felietony i głosy blogerów. Zaczęło się od Krytyki Politycznej, gdzie w swoim felietonie Tomasz Piątek zajął się głównie oczernianiem autora:

http://www.krytykapolityczna.pl/felietony/20130719/superchwast

Oraz Hanna Gill-Piątek:
http://www.krytykapolityczna.pl/felietony/20130721/gmo-luddysci-oraz-dobrzy-naukowcy

Bardzo szybko zareagowali blogerzy:

http://slwstr.net/blog/2013/7/20/risercz-ziemkiewiczowski-piatka
http://blogdebart.pl/2013/07/22/luddysci-przed-komputerami/

Oraz sam autor:
http://www.krytykapolityczna.pl/artykuly/opinie/20130723/rotkiewicz-odpowiedz-superchwasta
Po tej ripoście redakcja Krytyki Politycznej przeprosiła Rotkiewicza za Piątka:


W komentarzach nagle zaczął się pojawiać bardzo często link do pewnego bloga. Min Jaś Kapela i wymieniona już Hanna Gill-Piątek powoływali się na zawarte w tej notce argumenty. (Swoją drogą był to pierwszy w miarę rzeczowy i polemiczny tekst):


Marcin Rotkiewicz na swoim facebookowym profilu, odpowiedział na zarzuty zawarte w tym tekście  (do screenu z polemiki, która jest bardzo długa link tutaj)

I  dość lakoniczna odpowiedź bloggera:


Stowarzyszenie Polska Ekologia wyraża sprzeciw w liście otwartym i powołuje się na badania naukowe niewiadomego pochodzenia. Pod listem podpisana jest pani Ewa Rembiałkowska znana np. z takich merytorycznych i naukowych wypowiedzi.


Jak zwykle można też polegać na rzetelnym komentarzu Greenpeace Polska:


Niesamowite dla mnie, że tak w sumie prostym i rzeczowym tekstem można włożyć aż tak głęboko kij w mrowisko. Rzesze oponentów mają problem z uzasadnieniem swojego zdania. Nie przytaczają, żadnych danych, żadnych źródeł, po prostu stwierdzają, że tekst zawiera np. "przeinaczenia, półprawdy, niedomówienia i insynuacje", ale już nie wytykają ich konkretnie.  Przypomina to religijny fanatyzm i argumenty na poziomie "sługus szatana" albo "nie zaznał łaski wiary". Osoby które uważają się za ekologów, tak na prawdę z ekologią mają niewiele wspólnego, a szkoda bo prawdziwa "Ekologia oparta na faktach" (EBE??), mogłaby przynieść wiele pożytku. W rozmowie ze znajomą spotkałem się z takim też zarzutem wobec Rotkiewicza, że oto wstrętne szkiełko i oko, że liczy się tylko świat materialny, ale nie uwzględnia duchowego pierwiastka, jak ludzie czują się kiedy są bliżej ziemi i natury. Tylko, że jest to ten sam argument co "bóg istnieje bo ludzie czują się lepiej kiedy w niego wierzą". Nikt nikomu nie zabrania wiary w Boga, tak samo jak nikt nikomu nie zabrania kupować ekologiczną żywność, ale czy nie powinniśmy przed podjęciem jednego, lub drugiego wyboru poznać wszystkich dostępnych informacji?

Kolejna polemika, tym razem stonowana i zarzucająca w mojej opinii Rotkiewiczowi, że atakował nie rolnictwo ekologiczne, a raczej straw mana w swoim tekście:

http://www.biokurier.pl/aktualnosci/2154-zywnosc-ekologiczna-to-nie-jest-ekosciema

cdn.

[update 29.07.2013]

Obrońców ekologicznej żywności ciąg dalszy, tutaj artykuł przepełniony wręcz argumentami:
http://www.ekopartner.org.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=732:panie-i-panowie-czy-ekozywnosc-to-sciema&catid=79&Itemid=531

I kolejna polemika:
http://ekoarka.com.pl/uprawa/138-p-stratenwerth-kto-tu-sciemnia

[update 02.08.2013]

W nowej polityce, krótkie podsumowanie całej polemiki. Całość za paywallem, ale nie ma tam nic czego nie możemy przeczytać w powyższych linkach.

W zeszłotygodniowym Newsweeku jednak na kontrę cały dział o rolnictwie ekologicznym i jego pochwała:
Dzięki wykluczeniu nawozów sztucznych i pestycydów producenci nie zanieczyszczają gleb i wód gruntowych, zużywają także mniej energii - podkreśla Jacek Makowiec, prezes Polskiego Towarzystwa Promocji Zdrowego Życia i Żywności. - Pamiętajmy, że rolnictwo ekologiczne to nie tylko produkcja żywności o wysokich parametrach, lecz także ochrona środowiska naturalnego". albo: "Swoje robi też agresywny marketing producentów żywności konwencjonalnej. Mimo, że ich produkty nie mają certyfikatów, przekonują oni odbiorców, że kupują <zdrową żywność>, choć tak na prawdę pełno w niej chemikaliów […] - mówi Sylwia Rybicka z Symbio Polska.
A w aktualnym numerze (31/13) tegoż tygodnika: artykuł "Kolacja z Frankensteinem" autorstwa Marka Rabija gdzie można przeczytać wszystkie znane już argumenty, o samobójstwach rolników w Indiach, o badaniach Arpada Pusztaia i inne znane już wszystkim kwiatki.

Tymczasem Marcin Rotkiewicz dyskutuje w Polskim Radiu na tematy poruszone w swoim artykule:
http://www.polskieradio.pl/23/179/Artykul/901375,Ekologiczna-zywnosc-zdrowsza-czy-nie

[update 07.09.2013]
W Natemat pojawił się artykuł podsumowujący całą dyskusję. A pod artykułem kolejne przepełnione rzetelnymi argumentami komentarze:




czwartek, 18 lipca 2013

Dieta zgodna z grupą krwi

Od jakiegoś czasu nie jem mięsa, trochę się do tej decyzji zbierałem, ale w końcu gruba krecha i przez osiem miesięcy nie tknąłem kotlecika ani skrzydełka i bardzo mi z tym dobrze. Jedynym efektem ubocznym zmiany diety jest wzmożona ilość rozmów na temat wegetarianizmu i moich motywacji. Oczywiście gdy odpowiadam, że chodzi o kwestie etyczne rozmówcy nie-wegetarianie dzielą się na trzy grupy

1)"A to ty jesteś z tych nienormalnych, szkoda ci krówek?, a ja będę opierdalał schabowe"
2) "Podziwiam mi ciężko by było odstawić mięso, za bardzo je lubię"
3) "Też mam tak, że mam z tym problem, ale mam grupę krwi 0 i nie mogę przejść na wegetarianizm bo to grupa krwi mięsożerców"

O ile w pierwszych dwóch wypadkach rozmowa jest bardzo prosta. W pierwszym kupujesz kolejne piwo i zmieniasz temat, w drugim sugerujesz utylitarne podejście, czyli zmniejszenie ilości jedzonego mięsa, to trzecia grupa sprawiała mi problem. Z jednej strony jakoś węszyłem nosem, że z tymi grupami krwi to jakaś ściema, bo niby jaki to ma związek, z drugiej nie miałem wiedzy. Gdy wyrażałem wątpliwość zawsze jakaś "znajoma dietetyczka", "czytałem książkę", "wszyscy to wiedzą" itd. itp.  Oczywiście znajome (i nieznajome dietetyczki), cała masa książek i powszechnie znane prawdy w bardzo dużej mierze nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Postanowiłem więc zbadać temat coby przy następnej dyskusji zabłysnąć intelektem, oczytaniem, wiedzą i być może przekonać kogoś z grupy 3, że jednak nie-jedzenie mięsa nie pośle go w prostej linii do piachu. (aa no i warto dodać, że od wegetarian słyszę to równie często "ja mam grupę A, dla mnie nie-jedzenie mięsa jest naturalne")

Przeszukałem trochę sieć no i znalazłem całe mnóstwo porad (np. tutaj, tutaj,  tutaj albo tutaj), ale też oczywiście sytuację zwęszyli producenci suplementow diety (np. tu). Dużo tego i w dodatku większość tych informacji jest zadziwiająco spójna i ze sobą zgodna. Okazuje się, że jest tak dlatego, że wszystkie te informacje swoje źródło mają w jednej książce "Dieta zgodna z grupą krwi" P. D'Adamo. Od tego się zaczęło i łatwo to prześledzić. D'Adamo w swojej książce popełnia błąd twierdząc, że grupa krwi 0 jest najstarszą grupą krwi. To nie jest prawda, badania genomu człowieka, szympansów i bonobo wykazały, że najstarszą grupą krwi jest grupa A. Co wiadomo już od początku lat 90tych (książka D'Adamo jest z 1996) Błąd popełniony przez D'Adamo jest do teraz powtarzany na wszystkich stronach promujących "dietę zgodną z grupą krwi".

Znając już publikację i nazwisko autora nie jest już trudno o research. Wchodząc na wikipedię na zakładkę o grupach krwi w dziale "pseudoscience" widnieje książka D'Adamo.

Peter J. D'Adamo's book, Eat Right For Your Blood Type, offers a history of human blood type development and claims that ABO blood groups can be used to determine the proper diet for your body to maintain its proper balance, as well as to predict personality traits and disease susceptibility. No published research is referenced, indicating that the information is not supported by any scientific evidence.


Sam autor (co można wyczytać z jego biografii) jest wykładowcą na University of Bridgeport College of Naturopathic Medicine. Co to jest ta "Naturopathic Medicine", jest to kolejne mambo dżambo, oparte na doktrynie witalizmu.

Całą teorię D'Adamo możemy spokojnie odrzucić, razem ze wszystkimi jej pochodnymi dietami, informacje zawarte w tej książce są arbitralnie wymyślone przez D'Adamo, nie wynikają z żadnej empirycznej wiedzy. Możemy o tym przeczytać na sceptic dictionary, wikipedii i w paru innych miejscach (tu, tu, lub tu). Nawet po polsku. Sceptyczne głosy giną jednak w natłoku wszelakich stron o zdrowym żywieniu, urodzie, stylu życia i wszystkich rzeczach, które obecnie uwielbiają celebryci, zwłaszcza w polskim internecie.

No i jeszcze na koniec szybki rzut oka na pubmed, przegląd prac na temat "diety zgodnej z grupą krwi" owocuje taką konkluzją:

No evidence currently exists to validate the purported health benefits of blood type diets. To validate these claims, studies are required that compare the health outcomes between participants adhering to a particular blood type diet (experimental group) and participants continuing a standard diet (control group) within a particular blood type population.

I D'Adamo to rozbrajająco potwierdza:

D'Adamo says he believes in the diet based on circumstantial evidence. 
"All the authors did was conclude, as have I, that there is a lack of direct research on the subject," D'Adamo told Reuters Health by email.

Pytanie, w takim razie, czy koncepcja powstała w czyjejś wyobraźni, powinna determinować nasze życiowe, często (jak w tym wypadku) mające etyczne podłoże wybory? Przy podjęciu takiej trudnej decyzji, jak zmiana diety na wegetariańską/wegańską, każda nawet najgłupsza wymówka, pozwala uśpić sumienie. W bardziej hardkorowym wydaniu tego rodzaju doktrynerskie, nienaukowe twierdzenia usypiały sumienia np. w przypadku rasizmu. Konkluzja: jeżeli jesz mięso, weź to na klatę, ale nie podpieraj się pseudonaukowymi bredniami.

sobota, 1 czerwca 2013

20 000

Pomimo, że ostatnio ze względu na natłok różnych zajęć i spraw osobistych zaniedbałem trochę bloga, to cały czas liczba wyświetleń się zwiększała. Przekroczyła właśnie liczbę 20 tys, za co wszystkim odwiedzającym dziękuję. Chciałem też obiecać, że za jakiś czas wrócę do tego miejsca i pojawią się tutaj nowe notki, nie chodzi tu o brak chęci ale brak czasu.

http://en.wikipedia.org/wiki/20000_(number)

niedziela, 3 marca 2013

ks. Oko i rzetelne dane naukowe

W nadawanym niedawno programie Tomasz Lisa miejsce miała średnio ciekawa dyskusja na temat związków partnerskich. Jak zwykle padło parę wytartych sloganów, mogliśmy zobaczyć że oponenci nie zgadzają się ze sobą i obejrzeć ckliwy materiał o parze lesbijek, które muszą wyjechać z Polski. W ogóle bym się tym nie zajął gdyby nie wątek naukowy i odwoływanie się do statystyk i konkretnych danych przez ks. Dariusza Oko. Niedługo potem w wywiadzie dla Frondy celebruje on zwycięstwo.
Oponentów charakteryzował brak elementarnej wiedzy i powtarzanie sloganów ideologii gender i homopropagandy. Naprzeciw temu wyłożyłem rzetelne dane naukowe. Mam nadzieję, że ten kontrast widzowie zauważyli – z jednej strony była spokojnie przedstawiana rzetelna wiedza, a z drugiej – ideologiczne hasła, propaganda bez elementarnej wiedzy empirycznej, albo nawet wbrew tej wiedzy.
Na tym wywiadzie i na danych do których odwoływał się zaproszony do studia ksiądz, chciałem oprzeć swoją krotką notkę.

W wywiadzie czytamy:
Jeżeli chodzi o rodziny homoseksualne, to powoływałem się na badania prof. Marka Regnerusa. Były one szeroko komentowane, także w polskiej prasie. Co do ich rzetelności naukowej trudno mieć wątpliwości, szczególnie potwierdziły to nieudane próby ich obalenia przez homolobby.

Nie wiem dokładnie które fragmenty z tej pracy przytacza ks. Dariusz, bo chyba nie informację o tym, że wśród pedofilów 40% to homoseksualiści. Nie ma tam takiej informacji. Nie ma tam w ogóle specjalnie ważnych informacji, bo badanie to zostało przeprowadzone na zupełnie niereprezentatywnej próbie. Pomimo chwytu retorycznego znanego jako zapewnianie (assuring) w rzeczywistości wcale nie tak trudno mieć wątpliwości co do badań prof. Regnerusa. Pisał o tym już Bart i nie tylko. Nie będę więc się tutaj na ten temat rozpisywał. Nie istotne, czy badanie to jest przeprowadzone rzetelnie, czy nie ks. Oko nie odwołuje się do niego w żadnym momencie programu, ani wywiadu. Po prostu przytacza je jako źródło.

Nie przytacza natomiast źródła swoich "twardych danych" odnośnie tych 40% homoseksualistów wśród pedofilów. Nie przytacza ich pewnie dlatego, że takie dane nie istnieją.
Oczywiście wszystko jest kwestią metodologii jeżeli homoseksualistą nazwiemy pedofila zainteresowanego małymi chłopcami, to rzeczywiście otrzymamy dość poważny wynik, ale jest to oczywiste przekłamanie. Homoseksualistą nazywamy osobę, którą pociągają dorosłe osoby tej samej płci. Pedofilem nazywamy osobę, którą pociągają dzieci (jednej, drugiej, lub obydwojga płci). I teraz badania: Groth i Birnbaum (1978) badanie przeprowadzone na grupie 175 osób skazanych za molestowanie dzieci. Liczba homoseksualistów w tej grupie - 0. Dr. Carole Jenny (1994) badanie przeprowadzone na 269 przypadkach. Liczba homoseksualistów w tej grupie - 2.
Freund (1989) Badanie w którym przedstawiano dorosłym heteroseksualnym mężczyznom fotografie rozebranych małych dziewczynek i homoseksualnym dorosłym mężczyznom fotografie rozebranych chłopców. Mierzono podniecenie seksualne. Nie stwierdzono różnicy pomiędzy obiema grupami. Na ten temat więcej tutaj.

Zobaczmy dalej:
Jeżeli homoseksualistów jest mniej więcej 2 proc. w społeczeństwie, a jest ich około 40 proc. wśród pedofilów i 60 proc. wśród chorych na AIDS, to znaczy to, że kilkadziesiąt razy częściej stają pedofilami i chorują na AIDS (oraz na inne choroby weneryczne). Wynika to z niesłychanego, niespotykanego nigdzie indziej promiskuizmu, rozpusty, w jakich żyją. Czegoś takiego nie spotyka się a żadnej innej grupie społecznej! Te dane pokazują, że medialne dyskusje podążają w kompletnie złym kierunku. Ci ludzie potrzebują pomocy medycznej, a nie propagowania takiego stylu życia! To jest medyczna katastrofa.
Dowiadujemy się 60 proc chorych na AIDS to homoseksualiści. I to jest prawdziwa informacja. Ale tylko w przypadku nowych zarażeń i tylko w Niemczech. Oto jak wygląda podział grup ryzyka wśród chorych na AIDS w Polsce. (wg Państwowego Zakładu Higieny 2007-2011). [update]


Nie jest to jakiś skrywany fakt, że wirusem HIV przez stosunek analny łatwiej się zarazić (~1:30) niż przez stosunek waginalny (~1:600), tylko jaki to jest argument przeciwko związkom partnerskim? Nie ma logicznej ścieżki pomiędzy liczbą homoseksualistów zakażonych wirusem HIV a legalizacją (lub nie) związków partnerskich. To tak jakby powiedzieć, że wśród górników istnieje 60% większa szansa zachorowania na pylicę, w związku z czym, należy pozbawić ich prawa do głosowania w wyborach. Warto też zadać sobie pytanie ilu wśród badających się na obecność wirusa jest osób homoseksualnych a ile heteroseksualnych. Świadomość bycia wielokrotnie bardziej narażonym na zakażenie powoduje, że procent homoseksualistów robiących badania na obecność wirusa HIV jest kilkukrotnie większy niż heteroseksualistów. Wniosek jest taki, że 60% ZDIAGNOZOWANYCH przypadków - to homoseksualiści. Grupa badana jest niereprezentatywna, a co z tym idzie nie można analizować tych danych jak badania naukowego i poszerzać definicję na wszystkich homoseksualistów.
 Spośród wszystkich zawartych małżeństw i związków partnerskich [w Niemczech],  homozwiązki stanowią zaledwie pół promila! I zdecydowana większość z nich już się rozpadła. Czyli zawiera je tylko znikoma mniejszość ze znikomej mniejszości. Zatem ich to wcale nie interesuje, oni tego nie potrzebują, wystarczy 12 partnerów rocznie. Po co zatem ta cała awantura? Po co terroryzowanie całego społeczeństwa roszczeniami homolobby?
Tylko skąd te dane? Po pierwsze zestawienie jednopłciowych związków partnerskich ze wszystkimi małżeństwami jest niespecjalnie uczciwe zwłaszcza w towarzystwie argumentu, że homoseksualiści są związkami partnerskimi nie zainteresowani. Policzmy sami. Nie znam niemieckiego, więc będę się musiał zadowolić źródłem niebezpośrednim. Wg. artykułu z Goethe Institute (który powołuje się na badania Statistische Bundesamt) w Niemczech jest (a konkretnie było w 2007 roku, bo z tego roku mam dane) ok 173tys zarejestrowanych związków partnerskich osób tej samej płci, co prawda mogą być wśród nich pary niezwiązane relacją seksualną (studenci, emeryci), więc liczbę tę trzeba zaniżyć. Zróbmy tak i zaniżmy ją bardzo do okrągłych 100tys. Mamy więc 200tys homoseksualistów żyjących w związkach partnerskich. Trudno oszacować rzeczywistą ilość homoseksualistów, liczby wahają się od 1% społeczeństwa, do nawet 7%, przyjmijmy jednak średnią wartość. Amerykańskie badania (Laumann, E. O., Gagnon, J. H., Michael, R. T., & Michaels, S. [1994] ) wykazują, że orientację homoseksualną deklaruje 1,4 % kobiet i 2,8% mężczyzn. Badanie nie uwzględnia homoseksualistów ukrytych, ale dla naszego wyliczenia wystarczy. W sumie mamy (przy założeniu równej ilości kobiet i mężczyzn) 2,1% społeczeństwa. (Warto zaznaczyć, że im wyższą liczbę założymy tutaj tym argument ks. Oko wypadnie lepiej, dlatego wszystkie liczby zaokrąglam na jego korzyść). Dlatego zaokrąglam do 2,5% Ludność Niemiec: 81,799,600. Liczymy.

2,5% z 81 799 600 = 4 089 980 znowu zaokrąglę w górę na korzyść ks. Oko 2 050 000 homoseksualistów w Niemczech z czego 200 000 żyje w związkach partnerskich. A to wychodzi ponad 10 proc homoseksualistów żyjących w związkach partnerskich. Nie jest znowu tak źle. Na pewno nie promil. [update: dziękuję za zwrócenie uwagi na oczywisty błąd, w moim poprzednim obliczeniu]
Jeśli zgodzimy się na homozwiązki, to niebawem dojdzie do tego adopcja, zaraz później przyjdzie nakaz mówienia "rodzic A" i "rodzic B" zakaz mówienia „mama” i „tata”. Dzieci w przedszkolach i szkołach będą upominane za użycie najświętszych słów ludzkości. Przecież tak już jest na Zachodzie. Co to za ludzie, którzy chcą zakazać dzieciom używanie słów „mama” i „tata”?
No i tutaj już się zaczyna klasyczna prawicowo-katolicka argumentacja. Oczywiście nikt nie chcę zakazywać dzieciom mówienia mama i tata. Chodzi o niezbędne zmiany w kodeksie cywilnym. To jest naturalna konsekwencja zmiany prawa i zachowania jego dotychczasowego działania w nowych sytuacjach. Jest to argument równie często powtarzany co nieprawdziwy.
W Holandii już planuje się utworzenie gett dla „homofobów”, czyli przeciwników gejów. Homofoby mają być zamykani w gettach i więziach jak kiedyś Żydzi. I imię jedynie słusznej, arcypostępowej ideologii gender.
Kolejny sztandarowy i nieprawdziwy argument o którym już wielu pisało przede mną między innymi tutaj.

Można tak dalej i dalej, ale po co? Oczywiście przygotowanie innych uczestników programu też nie należy do wzorowych. Michał Piróg ze swoim zarzutem wobec Kościoła Katolickiego, że nie chcą chrzcić dzieci z Zespołem Downa to taki sam lewicowy mem jak prawicowe getta dla homofobów. (W rzeczywistości to był jednorazowy przypadek, nie chodziło o chrzest tylko o komunię i to na dodatek w kościele anglikańskim.) Jednak to ks. Oko twierdzi, że dysponuje rzetelnymi informacjami i krytykuje wszystkich oponentów twierdząc, że powtarzają slogany. Aż się na usta ciśnie że ksiądz nie zauważa belki w swoim własnym Oku, że sparafrazuję ewangelię św. Łukasza.

wtorek, 5 lutego 2013

Nowe ikony prawicy.


Obiecałem sobie, nie denerwować się polityką, przestałem kupować tygodniki, telewizji już dawno nie oglądam. Chciałem na blogu poświęcić się raczej tematom związanym z nauką i czystymi faktami, a nie bawić się w ideologię. Mamy piąty lutego - i tak długo jak na postanowienia noworoczne…

Zobaczyłem w kiosku nowy numer "Do rzeczy", parę dni temu moi prawicowi znajomi zachwalali ten tytuł - najlepszy i najrzetelniejszy prawicowy tytuł po przetasowaniach w "Uważam Rze" - mówili. Na okładce zdjęcie Gowina i Pawłowicz i podtytuł "Zderzenie cywilizacji - nie dali się zastraszyć". Właściwie nie wiem skąd moje zdziwienie, ale w swojej nieświadomości uznałem wybryki pani Pawłowicz za folklor pokroju ks. Natanka, o którym po prostu nie warto pisać i rozmawiać, myślałem, że "inteligentna prawica" traktuje ją podobnie jak ja. Jak widać myliłem się. Okazuje się, że Krystyna Pawłowicz stała się odważną obrończynią wartości wyznawanych przez większość Polaków, wzorem moralności i autorytetem na prawo. 

Otwieram tygodnik na wstępie napisanym przez Pawła Lisickiego - redaktora naczelnego - ooo grubo,
ale w sumie jakby się zastanowić, jest w tym trochę racji, trzeba odwagi, żeby publicznie wygadywać głupoty. Nie można tego odmówić pani Pawłowicz. 
Przewracam kilka kartek i mam wywiad z samą panią profesor i tutaj chcę się zatrzymać. Dobra, skoro Pawłowicz jest nowym autorytetem prawicy, ma tytuł profesorski i traktuje się ją poważnie, podyskutujmy z nią poważnie. Zwłaszcza, że sama do tego zachęca. Niech stracę.

"Oni wymyślają pojęcia, którymi potem terroryzują społeczeństwo. Tak jest właśnie z "homofobią". Przecież ja toleruję odmienność tych ludzi. Oni mają prawo żyć, jak im się podoba, ale nie zgadzam się na to, by ich zachowanie było propagowane jako wzór do naśladowania. To zaprzecza naturalnemu sposobowi bycia i ustaleniom nauki. Nie trzeba się dać zwariować i o tym mówić. Jeśli ja jestem homofobem, to oni są heterofobami - nie mogą znieść ludzi żyjących w normalnych związkach"

Tak samo było ze słowem "rasizm", tak samo jest ze słowem "szowinizm", tak samo jest ze słowem "ksenofobia". Dalej zaczyna się standardowy argument - nie chodzi tylko o to, żeby zagwarantować mniejszości prawne usankcjonowanie ich relacji, tu chodzi o coś więcej, chodzi o promocję, o propagowanie tych zachowań. Prawica zachowuje się jakby homoseksualizm był zaraźliwy, jakby to była taka seksualna wersja hipsterki - skoro wszyscy moi znajomi tak się ubierają i zachowują to JA TEŻ! Oczywiście tak nie jest i jeśli ktoś jest hetero nagle nie stanie się homo po zalegalizowaniu związków partnerskich. No i dowiadujemy się, że "to zaprzecza naturalnemu sposobowi bycia i ustaleniom nauki". Argument polega na tym, że skoro sukces ewolucyjny polega na przekazywaniu swoich genów potomkom, to orientacja homoseksualna jest wbrew naturze i wbrew nauce. Argument chybiony. Homoseksualizm w prostym kontekście genetycznym jest pewną anomalią, ponieważ niweluje szansę na przekazanie genów dalej, a co z tym idzie, biorąc to na prostą logikę, ta cecha powinna zostać wyeliminowana w skutek doboru naturalnego. Tą logiką podąża prof. Pawłowicz pisząc powyższe zdania (i cała rzesza Poznańskich naukowców). Genetyka nie jest jednak zawsze zero-jedynkowa. Wybitny ewolucjonista prof. Dawkins w swojej (moim zdaniem) najważniejszej książce "Samolubny Gen" pisze, że jeżeli homoseksualizm ma podłoże genetyczne, to może być cechą recesywną, jakiejś innej cechy np. atletycznej budowy, albo niezwykłej płodności - cechy, która zwiększałaby szansę rozrodu na tyle, że wystąpienie jej recesywnej wersji mieściłoby się w rachunku zysków i strat. Jest to bardzo prawdopodobne, zważywszy, że procent homoseksualistów w różnych społeczeństwach jest dosyć do siebie zbliżony.  Dla dobra dyskusji uznajmy, że homoseksualizm jest pewną "anomalią". Czemu więc,  nie traktować go jak innych "anomalii". Czy pani prof. buntuje się przeciwko budowaniu podjazdów dla osób niepełnosprawnych, uważając to za promocję ich stylu życia? A może opisywanie guzików w windach, albo peronów na stacjach metra wypukłymi znakami dla osób niewidomych jest zagrożeniem dla "cywilizacji wzroku"?
Na koniec pani Pawłowicz pisze, o heterofobach - osobach, które "nie mogą znieść ludzi żyjących normalnych związkach". Jest to zwyczajnie nadużycie. Po pierwsze nikt nie wystąpił do sejmu z ustawą delegalizującą małżeństwa, po drugie związki partnerskie byłyby też dostępne dla par hetero czyli "normalnych związków" (używając semantyki pani Krystyny), po trzecie nikt z moich znajomych orientacji homoseksualnej nigdy nie skrytykował tego, że się ożeniłem, czy że żyję w związku heteroseksualnym. (nie mówię, że nie ma takich ludzi, ale idioci zdarzają się po każdej stronie, krytykowałbym ich tak samo jak panią profesor - na tym polega prawdziwa tolerancja) Nie można tego powiedzieć o heteroseksualnej konserwatywnej większości Polaków. 

"Z punktu widzenia całości społeczeństwa tak jest. Dla ogółu ważne jest, by powstawały nowe rodziny, rodziły się dzieci, nowe pokolenia.Normalne państwo jest zainteresowane wspieraniem właśnie tych, którzy przez kolejne generacje przenoszą tradycję i historię. Z tego punktu widzenia związki homoseksualne są jak ślepe uliczki. Zrównując to co jest nienaturalne, z tym co jest naturalne, oni chcą zyskać przywileje, za które będą musieli zapłacić ludzie, przeciwko którym występują. A jakim prawem?"

Kolejny sztampowy argument prawicy, polegający na tym, że państwo wspiera rodziny dlatego, żeby te rodziny się rozmnażały i nie ma interesu (czy to kulturowego, czy gospodarczego) we wspieraniu rodzin które dzieci mieć nie mogą. Pomijając fakt, że większość ludzi używających tego argumentu jest też przeciwna zapłodnieniu in-vitro, wygląda na to, że prawo skonstruowane jest niesprawiedliwie. Jeżeli państwo ma w interesie wspierać tylko zdolne do rozrodu małżeństwa, dlaczego wpiera "nienaturalne anomalie" jak małżeństwa bezpłodne? To wspieramy te "anomalie" czy nie wspieramy. Jeżeli chcemy, wspierajmy wszystkie, bo pominięcie jednego przypadku - czyli par homoseksualnych w świetle logiki jest zwyczajnym represjonowaniem pewnej postawy (czyli Homofobią, od której pani Pawłowicz się odżegnuje, mówiąc, że homoseksualistów szanuje - nie wydaje mi się). Jeżeli posłanka PiS chce być zarówno Prawa jak i Sprawiedliwa, powinna dążyć raczej do tego, żeby ulgi podatkowe, których ciężar ponosi państwo, przenieść z małżeństw na rodziców. Jeżeli otwarcie mówimy że wspieramy rodzicielstwo, a nie po prostu obywateli w związkach małżeńskich, po co ta cała kombinacja? Mówi się też często o tym, że pary homoseksualne mogą wszystkie swoje postulaty osiągnąć zwykłymi umowami cywilnymi. Nie jest to prawda, prawo spadkowe uprzywilejowuje, nawet w przypadku spisania testamentu, biologiczną rodzinę zmarłego. Jeżeli osoba jest nieprzytomna i trafia do szpitala, partner nie dowie się o stanie pacjenta, bo lekarz (i słusznie) nie ma żadnego powodu udzielić mu takich informacji. 
Na koniec Pani Krystyna po raz kolejny powtarza, że pary homoseksualne występują przeciwko związkom hetero - już pisałem, że to nie prawda. To argument powstały z konstruktów myślowych takich jak np. "Zderzenie cywilizacji", znany nomen omen z okładki tego tygodnika. Logika (poprawcie mnie jeśli się mylę) jest następująca - nasza cywilizacja wyrosła na chrześcijaństwie - chrześcijanie uważają małżeństwo kobiety i mężczyzny za święte i uważają akt homoseksualny za grzech - uprawomocnienie niechrześcijańskiego prawa powoduje upadek cywilizacji chrześcijańskiej- upadek chrześcijańskiej cywilizacji rozpocznie cywilizację śmierci.
 Po pierwsze pojęcie cywilizacji jest tylko konstruktem myślowym, potrzebnym do tworzenia modeli rzeczywistości. Polska nie stanie nagle w zgliszczach i ogniu piekielnym w dniu przegłosowania ustawy o związkach partnerskich. Brzmi to groźnie - "upadek cywilizacji" - ale nie znaczy zupełnie nic. Po drugie, w ważniejszych opracowaniach przedstawiających konflikty cywilizacji i organizujących te konstrukty, naszą cywilizację nazywamy raczej Cywilizacją Zachodnią (Koneczny, Huntington). Konecznego nie czytałem, ale Huntington w "Zderzeniu cywilizacji" jako jeden z elementów cywilizacji zachodniej uznaje laicyzm. Prawicowi publicyści i politycy pisząc o "upadku" albo "zderzeniu" cywilizacji, mają na myśli tylko konstrukty propagandowe, a nie faktyczne definicje. Tworzą groźnie brzmiące, zatrważające, podnoszące wolę walki, ale nic nie znaczące zwroty tego typu. (- Bożenko, czy na prawdę jesteś za Cywilizacją Śmierci?" - Broń Boże! - Chcesz doprowadzić naszą Cywilizację Życia JPII do zgliszczy?! - No tego bym nie chciała… - To idź zagłosuj na PiS.)

"Dochodzi do paradoksu - środowiska homoseksualne zawsze domagały się dla siebie prawa do wolnej miłości. Państwo im to dało i do niczego się nie wtrącało. teraz one przychodzą z projektem ustawy, który pozwala państwu ingerować w tę sferę. Muszą przecież pójść do urzędnika i ujawnić swoje preferencje, by taki związek zawrzeć. A jeśli im się nie ułoży, to sąd - czyli znowu państwo -będzie musiał rozstrzygać, czy byli sobie wierni. Wystawiają na widok publiczny intymność, czyli to, co tak bardzo chcieli do tej pory ukryć."

No tak, wolne związki i kontakty seksualne to jedna część rzeczywistości i bardzo dobrze, że państwo się do nich nie miesza. Kiedyś się mieszało, nie wolno "na kocią łapę" a homoseksualizm w wielu rejonach naszej planety dalej jest karany (nie mówiąc o tym, że nie tak znowu dawno, prawie wszędzie był karany). Stałe związki to jednak zupełnie co innego i środowiska LGBT domagają się usankcjonowania tej sfery ich życia. Pani profesor dziwi się, że "oni" tak chcą obnażać swoją intymność, którą tak bardzo chcieli ukrywać. Problem polega na tym, że to nie "oni" chcą ukrywać swoją intymność, tylko pani Krystyna. Nie przeszkadza jej, że małżeństwa heteroseksualne idąc do urzędnika jasno deklarują swoją seksualność (hetero), nie przeszkadza jej, że w sądzie podczas procesu rozwodowego, sąd rozstrzyga czy byli sobie wierni. Pani Pawłowicz przeszkadza to tylko w wypadku par homoseksualnych bo ich intymność ją brzydzi. To jest właśnie przykład homofobii od której tak pokrętnie pani Pawłowicz się odżegnuje, a którą mam nadzieję udowodniłem.

"I dopóki mam dużo sił, a mam, dopóty nikt nie jest w stanie sprawić, bym zaprzeczała prawom natury"

Brawo! Niestety witalność i wigor pani profesor nie przeszkadza jej, przy okazji, notorycznie zaprzeczać prawom logiki.

niedziela, 27 stycznia 2013

Synergy Worldwide

Natknąłem się ostatnio, dzięki mojej znajomej, na bardzo nieprzyjemną firmę, która właśnie z impetem wkracza do Polski. Firma sprzedaje suplementy diety, które zadbają o nasze serce, spowolnią proces starzenia i dostarczą nam wszystkich potrzebnych mikroelementów. Ale firma ta działa kompleksowo i nie tylko dba o nasze zdrowie, ale też o pomyślność finansową. Dzięki współpracy z nią jako sprzedawca suplementów, oprócz podniesienia się z poważnych chorób, możesz podnieść się z finansowego dołka. Poznajcie państwo firmę SYNERGY WORLDWIDE.
Zacznijmy od rzeczy prostszej czyli planu marketingowego firmy. A konkretnie zacznijmy od cytatu:
Gdybyś mógł sobie wyobrazić przyszłość w Polsce, to co byś zobaczył, co widzisz? Tę samą codzienną harówkę, czy raczej wolałbyś zobaczyć niezależność finansową, wolność osobistą, a także możliwość wyboru sposobu spędzenia czasu każdego dnia?
Bardzo zachęcające?! W rzeczywistości jest to dokładnie system marketingu wielopoziomowego, czyli sytuacji znanej z niesławnej firmy Amway i polega na werbowaniu nowych członków, którzy werbują nowych członków itd. Legalna wersja piramidy finansowej, która różni się tylko tym, że coś sprzedajemy, a nie płacimy po prostu wpisowego jak w przypadku klasycznej piramidy. Czyli cośtam zawsze zarobimy sprzedając produkty, ale im niżej tym mniej trafia do nas a więcej na górę piramidy.

UPDATE(05.02.2013)
Jak się dowiedziałem, żeby zostać przedstawicielem firmy, trzeba za własne pieniądze kupić zestaw suplementów, które dopiero z zyskiem można potem sprzedać. Nawet jak jesteś marnym handlowcem, to firma i tak zarabia bo swoje (legalne) wpisowe zapłaciłeś.

Ale co właściwie sprzedajemy? To wydaje się jeszcze ciekawsze. Firma oferuje 3 suplementy diety, które razem mają działać kompleksowo na cały organizm. Zacytujmy:
Jak myślisz, czy odkrycie jakiego dokonano mogło pozostać ukryte przed tak wielką rzeszą ludzi doświadczających tylu przykrych przeżyć w walce o zdrowie? Produkty Synergy oferują im prawdziwą nadzieję! Czy wiesz, jak rozwinie się Synergy, gdy cały świat dowie się o tych produktach? Ludzie, którzy znajdą czas żeby przeczytać to, co mamy do zaoferowania będą w doskonałej sytuacji, żeby wziąć życie w swoje ręce, samemu budować swoją przyszłość i szybko uzyskać niezależność zdrowotną i finansową.
Cudowne prawda? Czy to tylko ja, czy wam też to pachnie sektą?
Pierwszy z preparatów nazywa się nomen omen MISTIFY (niebezpiecznie blisko mystify - mistyfikować) Oto co pisze producent o tym preparacie:
Nadmiar wolnych rodników może mieć negatywny wpływ na komórki naszego organizmu. W dłuższym czasie mogą one powodować przedwczesne starzenie oraz wiele innych negatywnych procesów. Wpływ oddziaływania wolnych rodników jest coraz większy ze względu na wzrost zanieczyszczenia środowiska, błędy w odżywianiu oraz krytyczne wartości promieniowania słonecznego.
Preparat zawiera antyoksydanty, które likwidują wolne rodniki. Tylko, że to temat rzeka, nie chcę powtarzać za bardzo tego co na ten temat napisał Ben Goldacre w swojej książce "Bad Science" (w polskim wydaniu na stronach 109-120) O której pisałem tu. W skrócie powiem tylko, że wolne rodniki oprócz rzeczywistego niszczenia komórek i uszkadzania ścianek DNA, co w konsekwencji może prowadzić do tworzenia się komórek rakowych, są też nam potrzebne przy zwalczaniu niechcianych przez organizm bakterii. Co nam z tego, że się nie zestarzejemy jeżeli umrzemy młodo zaatakowani przez infekcje bakteryjne! Zacytuję teraz Goldacre:
Ostatni przegląd wykonany przez Cochrane Collaboration dotyczył liczby zgonów  (z jakiejkolwiek przyczyny) we wszystkich zarejestrowanych eksperymentach z antyoksydantami i z placebo w grupie kontrolnej (w wielu z nich stosowano dość wysokie dawki specyfików, ale nie różniące się zbytnio od zawartości przeciwutleniaczy w produktach, które można kupić w sklepach ze zdrową żywnością). W sumie poddano analizie doświadczenia 230 tys osób. Okazało się, że pigułki z witaminami antyoksydacyjnymi nie mają wpływu na zmniejszenie przypadków śmiertelnych, a nawet wręcz mogą zwiększyć ryzyko śmierci.
Inne badania (CARET) na grupach wysokiego ryzyka zachorowania na raka płuc (palacze i ludzie pracujący przy azbeście), którym podawano antyoksydant (batakaroten) przerwano, ponieważ w grupie zażywającej antyoksydanty ryzyko zachorowania na raka było o 46% większe niż w grupie z placebo i badanie uznano za nieetyczne. 

W skrócie preparat Mistyfy w najlepszym przypadku po prostu nie działa, w najgorszym może wręcz zaszkodzić. Jedźmy dalej! Kolejny cytat. Tym razem opisujący działanie drugiego preparatu o bardzo profesjonalnie brzmiącej nazwie ProArgi-9 Plus:
 W 1998 roku została przyznana Nagroda Nobla w dziedzinie medycyny trzem naukowcom, którzy przeprowadzili badania nad potężnym aminokwasem L-Argininą. Ich badania otworzyły drogę innym naukowcom, którzy wykorzystując dotychczasową wiedzę poszli znacznie dalej. Przykładem takiego postępu jest praca dr Ann Allan nad innowacyjnym i niepowtarzalnym suplementem diety ProArgi-9, wprowadzająca świat w nowy wymiar.
Oczywiście chwyt retoryczny z nagrodą Nobla jest tak klasyczny, że nawet Schopenhauer kiedy pisał "Erystykę" i klasyfikował  Argumentum ad verecundiam prawdopodobnie uważałby go za ostro vintage'owy. Nie trzeba mówić, że nobel dla Louisa J. Ignarro nie ma zbyt wiele wspólnego z dokonaniami firmy Synergy i służy podbudowaniu prestiżu firemki sprzedającej głównie obietnice. No a teraz trochę o L-Argininie. Rzeczywiście aminokwas ten współdziała podczas tworzenia tlenku azotu we krwi, który z kolei zmniejsza ciśnienie tętnicze a co z tym idzie zmniejsza ryzyko zawału serca. tylko niestety badania nad suplementacją L-Argininy nie przyniosły najlepszych rezultatów. Zacytuje wypowiedź Bartosza Kopczyńskiego z tego bloga.

Steven P. Schulman ze współpracownikami badał jak arginina wpływa na osoby zagrożone zawałem serca.Spodziewano się poprawy zdrowia. Z całą pewnością nikt nie przypuszczał, że może dojść do zgonów osób biorących argininę! Badana grupa to 153 osoby, którym podawano 3g argininy/ 3x dziennie. Badań nie dokończono, gdyż w ich trakcie zmarło aż 6 osób, które były suplementowane argininą!!!Po tym nieszczęśliwym fakcie naukowcy natychmiast podjęli decyzję o wstrzymaniu badań.Niekorzystny wpływ na serce i układ naczyniowy potwierdziły badania Romero. Badano 100 osób (podawano 3g argininy/3x dziennie). Wyniki wykazały, że większa ilość argininy powoduje zwiększenie aktywności iNOS oraz arginazy co prowadzi zamiast do uelastycznienia błon, to do usztywnienia ścian naczyń i zwiększenia ryzyka zawału!Jeszcze inne badania wskazują, że suplementacja argininą prowadzi do zwłóknienia i obniżenia elastyczności mięśnia sercowego, przerostu lewej komory serca a i spadku wydajności mięśnia sercowego w trakcie badań. Te badania także  musiały zostać przerwane!Krótkotrwała suplementacja miała pozytywny wydźwięk, natomiast długotrwała tragiczny.
Warto dodać, że w jednej porcji preparatu ProArgi-9 dostajemy 2,5g L-Argininy. Czyli tym razem, preparat nie tylko nie pomaga, ale może być również szkodliwy.

Ostatni preparat nazywa się Phytolife i po prostu, zwyczajnie, nie działa. Oto co pisze producent:
PhytoLife stanowi kompleksowe podejście do tej kwestii. Zawarty w produkcie chlorofil jest substancją, która decyduje o procesie fotosyntezy w roślinach. Zamienia czystą energię słoneczną w zieloną masę tworząc dużą różnorodność życia w świecie roślin. Jak wykazały badania, wiele z nich można zastosować do poprawy funkcjonowania organizmu ludzkiego. Pijąc systematycznie PhytoLife zmniejszamy zakwaszenie organizmu, ułatwiamy usuwanie toksyn, łącząc z pozostałymi produktami uzyskujemy efekt synergii.
Sprawa jest bardzo prosta. Chlorofil jest zwyczajnie nieprzyswajalny przez ludzki organizm.

Czemu napisałem tę notkę? Szczerze mówiąc napisałem ją przy okazji zbierania informacji dla mojej znajomej, która wybierała się na sympozjum tej firmy, które swoją drogą są organizowane cyklicznie w Warszawie. Może ktoś przeszukując internet trafi na tę notkę i nie da się nabrać. Ot tak z czystej przyzwoitości lubię suplementować ludziom do głów prawdziwe informacje. 

Na koniec jakby jeszcze było wam mało filmik promocyjny firmy: